czwartek, 29 maja 2014

Kiedy sesja puka do drzwi...


Kto był (lub jest) studentem wie, że kiedy kończy się maj i zaczyna czerwiec, zaczyna się również czas zwiększonej aktywności intelektualnej, który powoduje zmniejszenie ilości czasu wolnego do kilku minut na złapanie oddechu. O czytaniu czegokolwiek, oprócz podręczników i notatek, nie ma nawet mowy. I przez te kilka tygodni mój ksiażkoholikowy duch cierpi ogromne katusze, bo chcę, ale nie mogę. Sięgając po jakąkolwiek pozycję, oprócz tych, które jestem zmuszona przeczytać, naraziłabym się na "stratę" kilku godzin, które mogę poświęcić na dalszy rozwój :) Bo proszę państwa, studia pedagogiczne polegają na tym, że całe pół roku można balować, poza kilkukrotnym napisaniem projektów, żeby pod koniec semestru siedzieć 24h na dobę nad książkami i "wkuwać" to, czego wymagają od nas wykładowcy. Sama sesja w sobie nie jest taka straszna, bo przez 4 lata studiów moja sesja ograniczała się do co najwyżej 2 egzaminów na raz, ale końcowe zaliczenia przedmiotów są pogromem. Niektórzy wykładowcy traktują swoje przedmioty, jakby były one najważniejsze ze wszystkich Tylko jeśli wszyscy tak uważają, to który w końcu jest najważniejszy? Wydawać by się mogło, że przedmioty kierunkowe, które najbardziej przydadzą się do wykonywania przyszłego zawodu, szumnie nazwanego terapią. No ale, wykładowca wykładowcy nie równy i tym sposobem nawet przedmiot kończący się "zalką" wymusza poświęcenie większej ilości czasu, który można by spożytkować o wiele przyjemniej. I właśnie tym sposobem, w mojej biblioteczce zaległy pozycje, które czekają na swój moment, a są to książki z kategorii "must read" jak dla mnie.





Na pierwszy posesyjny ogień, książka, której nie trzeba przedstawiać, bo mówi sama za siebie. "Gra o tron", którą zaczęłam i nie mogę skończyć i nie dlatego, że nie jest wciągająca, a z braku czasu, bo jest to pozycja, jak najbardziej w moim guście. 







Na swój czas czekają również ( wymienieni w przypadkowej kolejności, a nie w kolejności czytania ;))

Alexandra Bracken - Mroczne umysły 
Najbardziej niepokojąca książka od czasów „Igrzysk śmierci”!  - taka reklama opisuje tę książkę na Lubimyczytac.pl Fanką ogromną "Igrzysk..." nie jestem, ale klimaty utopijne i dystopijne to jak najbardziej moja bajka. 

Mam na imię Ruby.
Potrafię wedrzeć się do twojego umysłu, a nawet wymazać wspomnienia. Jako dziecko zostałam wysłana do obozu „rehabilitacyjnego” dla takich jak ja. Zieloni, Niebiescy, Żółci, Pomarańczowi, Czerwoni. Mroczne umysły. Zostałam przydzielona do Zielonych, ale w rzeczywistości jestem ostatnią z Pomarańczowych. Ukrywam to, żeby przetrwać.

Colleen Hoover - Hopless
Pozycja z kategorii New Adult - nowo powstałego gatunku, który cieszy się rosnącą popularnością. 

Czasem odkrycie prawdy może odebrać nadzieję szybciej niż wiara w kłamstwa.
To właśnie uświadamia sobie siedemnastoletnia Sky, kiedy spotyka Deana Holdera. Chłopak dorównuje jej złą reputacją i wzbudza w niej emocje, jakich wcześniej nie znała. [...] Gdy Sky poznaje Deana bliżej, odkrywa, że nie jest on tym, za kogo go uważała, i że zna ją lepiej, niż ona sama siebie. Od tego momentu życie Sky bezpowrotnie się zmienia.



Marie Lu - Legenda. Patriota
Trzeci tom trylogii "Legenda" i dalsze losy June i Day'a. Wciągająca seria, warta uwagi.

Na początku, June i Day wiele poświęcili dla Republiki, a teraz stoją na progu nowej egzystencji – kraju pokoju, z nadzieją na zjednoczenie Kolonii. Oboje powrócili do łask Republiki: June pracuje wśród najwyższych kręgów rządu, a Day’owi zostało przydzielone wysokie stanowisko wojskowe. Ale właśnie wtedy, gdy pokój już jest bardzo blisko, wybuch plagi wzbudza panikę w Koloniach. Wojna znowu zagraża granicom Republiki. Ta nowa odmiana plagi jest bardziej śmiertelna niż kiedykolwiek, a June szybko odkrywa, że jedyny sposób na ocalenie Republiki, może kosztować Day’a wszystko, co ma.

Veronica Roth - Wierna
Tom trzeci serii "Niezgodna", której tom pierwszy całkiem niedawno miał swoją kinową premierę (nawiasem mówiąc, dosyć dobra ekranizacja). "Wierna" to zakończenie serii i historii Tris i Tobiasa. 

Społeczeństwo frakcyjne, w które Tris tak wierzyła, legło w gruzach – podzielone walką o władzę, naznaczone śmiercią i zdradą. Jednego tyrana zastąpił drugi. Miastem rządzą niepodzielnie bezfrakcyjni. Tris wie, że czas uciekać. Lecz jaki świat rozciąga się poza znanymi jej granicami? Może za murem będzie mogła zacząć z Tobiasem wszystko od nowa, bez trudnych kłamstw, podwójnej lojalności, bolesnych wspomnień? A może poza miastem nie ma żadnego świata…


Mark Helprin - Zimowa opowieść
Szumnie ostatnio reklamowana pozycja, która zachęca mnie miejscem akcji, wątkiem romantycznym i nieziemską okładką. 
"Jedna z najwspanialszych opowieści w literaturze amerykańskiej." - czyż to nie zachęca do zakupu?

Pewnej mroźnej nocy młody Peter Lake próbuje okraść rezydencję na Manhattanie. Niespodziewanie zastaje w domu córkę właścicieli, umierającą na gruźlicę Beverly Penn. Tak zaczyna się miłość, która odmieni jego los.



Jessica Sorensen - Breking Nova
Mam już za sobą kilka pozycji tej autorki, dlatego też z chęcią sięgnę po kolejną. Kolejna książka z gatunku NA. Niestety, bądź też stety nie została jeszcze przełożona na język polski, ale na popularnym gryzoniu można znaleźć przetłumaczonych kilka pierwszych rozdziałów. 

Nova Reed used to have dreams-of becoming a famous drummer, of marrying her true love. But all of that was taken away in an instant. Now she's getting by as best she can, though sometimes that means doing things the old Nova would never do. Things that are slowly eating away at her spirit. Every day blends into the next . . . until she meets Quinton Carter. His intense, honey brown eyes instantly draw her in, and he looks just about as broken as she feels inside.


Huntley Fitzpatrick - My life next door
Ta książką, jakiś czas temu, mignęła mi gdzieś na Goodreads twierdząc, iż jest w moim guście. Dlatego też trafiła na listę do przeczytania i jak na razie nadal na niej przebywa. Jej czas, jeszcze nie nadszedł.

The Garretts are everything the Reeds are not. Loud, messy, affectionate. And every day from her rooftop perch, Samantha Reed wishes she was one of them . . . until one summer evening, Jase Garrett climbs up next to her and changes everything. A transporting debut about family, friendship, first romance, and how to be true to one person you love without betraying another


Powyższe pozycje to te, które są, jak na razie, na czele listy do przeczytania. Lista ta cały czas się powiększa, bo moje książkoholiczne zapędy nie mają granic. Może nie jest to  literatura wysokich lotów, może i nie jest to lista bestsellerów, ale taki jest właśnie mój wybór, bo to jest to, co sprawia mi przyjemność, a przecież o tym w czytaniu chodzi. 

czwartek, 8 maja 2014

Jodie Ellen Malpas - Ten mężczyzna





tytuł oryginału: This Men
seria/cykl wydawniczy: Ten mężczyzna #1
wydawnictwo: Amber
data wydania: 18 marca 2013
liczba stron: 288
ocena: 5/10 
data przeczytania:  8 maja 2014
“I’m going to get lost in you.” 
 Sięgnęłam po tę książkę tylko z jednego powodu: idealnie pasuje ona do klucznikowego wyzwania  – wydawnictwo na literę A . Może nie jest to dobry powód, ale zawsze w jakimś nikłym stopniu podbija słabe noty czytelnictwa w Polsce. Tak więc, pomimo, że sesja stoi tuż tuż za drzwiami i zaczyna cichutko stukać, żądając żeby ją wpuścić, robiąc sobie jeszcze jeden wieczór wolnego otworzyłam tę niewielkich rozmiarów księgę. Niewielkich, a to dlatego, że wydawnictwo Amber postanowiło ok. 400 stronnicową książkę podzielić na dwie części. Ja się pytam dlaczego? Po co przerywać czytanie w połowie? Ano wniosek nasuwa się jeden – mianowicie chodzi o zyski. Logiczne, że po przeczytaniu połowy, chce się przeczytać ciąg dalszy i dlatego trzeba kupić tom drugi.

  


W ogóle polskie przekłady co raz bardziej mnie zaskakują i zawodzą. No bo dlaczego, kiedy otworzyłam wersję oryginalną „This Men” i szukałam miejsca, w którym kończy się akcja wersji polskiej, moim oczom ukazało się wiele momentów, nie umieszczonych w „Ten mężczyzna”. Wystarczającym błędem było podzielenie jej na dwa tomy, ale żeby jeszcze pominąć niektóre sytuacje, kawałki rozmów!? Helloo! Coś tu jest nie tak. Także oświadczam z czystym sumieniem, że oryginał to jednak oryginał. Przekłady, czy to polskie, czy też inne, nigdy nie oddadzą pierwowzoru w 100%.  I dlatego mój Kindle jest zapełniony książkami w oryginale. Nie dość, że jest to dobry sposób na poszerzenie słownictwa, to dodatkowo pozbawiam się chęci mordu tłumaczy.

Przechodząc do treści. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to już było. Właściwie, aktualnie w literaturze romantycznych erotyków trudno zaskoczyć. Trochę w tym Grey’a, trochę Crossa, taki misz masz wszystkich książek i powstaje twór właściwie średnio ciekawy, z powielonym na kilkanaście sposobów schematem. Bo jest ona – młoda, robiąca oszałamiająca karierę, zraniona, z wyszczekaną buzią. I jest też on – totalny despota przejawiający zachowania obsesyjne z manią kontroli, miliarder. No i jest też to co najważniejsze w tego typu książkach – pożądanie, którym można by zasilić małej wielkości miasteczko.
Nie powiem, że czasami nie było przyjemnie. Słowne przekomarzania bohaterów śmieszą i aż się prosi o więcej. Niezdecydowanie Avy i ciągła walka w jej głowie – ok. Jedyne, co mnie interesuje i dlaczego sięgnę po dalsze strony (ale oczywiście w wersji oryginalnej) to wiek pana Warda. Ciekawe, kiedy skończy on wyliczać kolejne liczby i przyzna się.
[…]- Ile masz lat, Jesse?

- Dwadzieścia siedem - odpowiada obojętnie. Wzdycham.
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, ile masz lat?
- Mogłabyś pomyśleć, że jestem dla ciebie za stary i uciec.
- Myślisz, że jesteś dla mnie za stary? - Biorąc pod uwagę to, co się pomiędzy nami wydarzyło, zgaduję, że nie, lecz kwestia ta urasta do takiej rangi, że warto o to zapytać.
-  Nie.  -  Nie  odrywa  wzroku  od  drogi.  -  Mój  największy problem to twój problem.[…]

Oh i nie da się zauważyć jeszcze jednego porównania:
„Rozpadam się na kawałki.”

„Czuję, że zaraz rozpadnę się na milion kawałeczków.”
Come on!! Ile można?! Czy w całym języku polskim, angielskim zresztą też, istnieje tylko jedno określenie, które powiela się jak produkty na taśmociągu?! Oficjalnie mam dość wewnętrznych bogini i ciągłego rozpadu na kawałki. Uraczcie mnie czymś innym moi mili, wierzę w waszą moc i wasz talent. 



niedziela, 27 kwietnia 2014

Jessica Sorensen - The Coincidence #1, #2



tytuł oryginału: The Coincidence of Callie & Kayden, The Redemption of Callie & Kayden
seria/cykl wydawniczy: The Coincidence #1, #2
wydawnictwo: Grand Central Publishing
data wydania: 13 grudnia 2012, 30 lipca 2013
liczba stron: 283, 404
ocena: 8/10
data przeczytania:  25 kwietnia 2014
 “In the existence of our lives, there is a single coincidence that brings us together and for a moment, our hearts beat as one.” 
Z pewnością kwiecień mogę zaliczyć do miesiąca pod znakiem New Adult. A to dlatego, że właśnie ten rodzaj powieści zaprząta moje poczynania od jakichś pięciu dni. I właściwie większość tych książek jest taka sama: on, ona, przeszłość odciskająca swoje piętno na przyszłości, przyjaźń, miłość, rozstania, powroty, szczęśliwe zakończenie. Ten schemat można dopasować do większości książek New Adult/Young Adult, czy jak kto woli to nazwać. 
Nie zaprzeczam, że jest to przyjemna lektura, ale tak właściwie nie wnosi nic nowego w życie. Zawsze znajdzie się kilka wybornych cytatów wartych zapamiętania. Często też, książki te mają jakiś swój morał, zazwyczaj jest to pogodzenie się z przeszłością i przysłowiowe „let go”. Ale to czego nie można zarzucić tego rodzaju książkom to całkiem dobra historia miłosna, romans, który kwitnie raz lepiej a raz gorzej, ale jest pożądany przez większość czytelniczek – bo to raczej do dziewcząt skierowana literatura. YA to współczesne historie, z prawdziwymi problemami, które dotknąć mogą właściwie każdego, dlatego też wydają się realne, możliwe do zdarzenia się naprawdę. Dlatego wcale nie dziwię się powszechnemu trendowi i coraz większej ilości tego rodzaju książek w wydawnictwach i księgarniach. Nasz polski rynek książkowy nie jest aż tak bardzo zaznajomiony z NA, za to rynek amerykański to ogromna skarbnica dla fanów. Śmiem wątpić czy większość tych książek zostanie kiedykolwiek przeredagowane na język polski – no może wtedy, gdy któraś natchnie Hollywood do wyprodukowania filmu. Dużo z tych książek, nie wszystkie, ale dużo, to naprawdę dobre pozycje, warte uwagi, bo poza dosyć ciekawą ale miejscami ckliwą historią, mogą zasiać ziarenko, które może wykiełkować i całkowicie nas zaskoczyć.
“People are running to and from class and I just want to yell, Slow down and wait for the world to catch up!” 
„The Coincidence of Callie & Kayden” to jedna z takich właśnie książek. Ma ona swoją cześć kolejną „ The Redemption of Callie & Kayden”. Dlaczego nie rozdzielam tych pozycji? Ano dlatego, że kończąc czytać jedną od razu sięgam po drugą, bo akurat w przypadku tej lektury tom pierwszy kończy się takim cliffhangerem, że nie sposób powstrzymać się i nie sięgnąć „z marszu” po tom kolejny. Tytułowi bohaterowie Callie i Kayden mieszkają w tym samym miasteczku, chodzą do tej samej szkoły, a jednak się nie znają. Kayden Owens to gwiazda footballu, z najpiękniejszą dziewczyną, aczkolwiek nie za mądrą stereotypową blondynką ( broń Boże nie mam nic do blondynek! J). Callie Lawrence to dziewczyna jedna z wielu, pragnąca nie zwracać na siebie uwagę, chowająca się za za dużymi, rozciągniętymi ubraniami i ostrym makijażem, nazywana „czcicielką szatana”. Tych dwoje tak zupełnie różnych od siebie a jednak tak niezwykle podobnych. Obydwoje ścigani przez przeszłość i nie mogący poradzić sobie ze swoimi demonami. Ich wspólna historia rozpoczyna się gdy Callie przez przypadek jest świadkiem wyrządzania krzywdy Kaydenowi, ratuje go i pomaga mu.
“That’s you. Callie, you’re the only person that’s ever made me feel happy about anything. That night you saved me, you changed something in me—you made me want to live.” 
Ich drogi rozchodzą się aż do dnia, kiedy ponownie spotykają się na uniwersytecie i wtedy rozpoczyna się ich prawdziwa historia. I tutaj schemat jest taki sam jak zazwyczaj: zaprzyjaźniają się, zaczynają darzyć się uczuciem, zakochują się w sobie, ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Trudne dzieciństwo tej dwójki i związane z nim konsekwencje jak duchy podążają za nimi w każdą stronę. Aż w końcu dochodzi do naprawdę poważnej tragedii – mowa tu o cliffhangerze tomu pierwszego. Część druga to walka z narastającymi problemami i niemożliwością poradzenia sobie z nimi samemu. Bo wiadomo nie od dziś, że we dwójkę łatwiej stawić czoła rzeczywistości. I kiedy padają te znamienne słowa, które nie chciały przejść Kaydenowi przez gardło, Callie wie, że wszystko będzie dobrze, bo ma obok siebie kogoś, kto zrobi dla niej wszystko.
“Sometimes the best things are the ones that aren’t planned, the decisions made while living in the moment.” 
Oh i przepraszam ale muszę o tym wspomnieć, bo nie mogłabym spokojnie spać w nocy – faceci z tatuażami. W szczególności wydzierane rękawy… ughh nie jestem w stanie nawet określić, jak bardzo mnie to kręci J Ale to tylko takie moje spostrzeżenia zaprzątające umysł. Dla nie wtajemniczonych, zdradzę sekret, że większość tych pozycji oferuje postać głównego bohatera z dużą ilością tuszu na perfekcyjnym ciele. Czego chcieć więcej?? 

czwartek, 24 kwietnia 2014

Jamie McGuire - Beautiful disaster, Walking disaster



tytuł oryginału: Beautiful disaster, Walking disaster
seria/cykl wydawniczy: Beautiful #1, #2
wydawnictwo: Atria Books
data wydania: 26 maja 2011, 2 kwietnia 2013
liczba stron: 319, 433
ocena: 9/10
data przeczytania:  21, 23 marca 2014
“It's dangerous to need someone that much. You're trying to save him and he's hoping you can. You two are a disaster." I smiled at the ceiling. "It doesn't matter what or why it is. When it's good, Kara... it's beautiful.” 
Jamie McGuire powołała do życia kolejną parę, która zaprząta umysły czytelników New adult. Abby i Travis to dość wybuchowe połączenie. Ona, niby poukładana, spokojna, fanatyczka kardiganów, taka „cicha woda”, ale kiedy trzeba walczyć o swoje potrafi wykrzesać z siebie „lwicę”. On, „bad boy”, pokryty tatuażami z ogromną chęcią przyłożenia właściwie każdemu, kto się napatoczy. I zakład, który jest początkiem wszystkiego.


W zasadzie książka ta jest dosyć przewidywalna. Od samego początku wiadomo, jak ta historia się zakończy, jednak wcale nie ujmuje to przyjemności jej lektury. Bohaterowie, jak to współczesne popkulturowe postaci, zaplątani w swoim istnieniu, z powracająca przeszłością i demonami w szafie starają się odnaleźć drogę do swoich serc. Droga ta nie jest jednak prosta. Wielość zakrętów czasem może zniechęcić czytelnika, ciągłe niezrozumiałe poczynania bohaterów wprowadzają lekko frustrującą atmosferę. I tylko czeka się na moment, kiedy w końcu on/ona powie, że kocha a wtedy będą żyli długo i szczęśliwie. Z bajkami jest jednak taka sprawa, że „żyli długo i szczęśliwie” wcale nie oznacza razem.

Mam jedno zażalenie. A właściwie może to tylko moja chęć ponarzekania. „Beautiful disaster” i „Walking dis aster” powinny być sprzedawane razem. Nie mówię, że miałaby być to jedna książka, ale taki pakiet. Szczęściem moim było to, że obydwie pozycje były już na rynku od jakiegoś czasu i nie musiałam czekać ze zniecierpliwieniem na wersję Travisa – która swoją drogą jest … ugh, naprawdę, naprawdę wyśmienita. Współczuję czytelnikom, którzy tego szczęścia nie mieli. Bo żeby dogłębnie poznać historię tej dwójki, część druga jest niezbędna. Plus też tego taki, iż „Walking…” pokazuje inną perspektywę, myśli Travisa, jego motywy.  Dlatego, jeśli już zabierać się za tę lekturę, to koniecznie w pakiecie, bo zazębiają się one w taki sposób, że z jednej możemy się dowiedzieć czegoś, czego w tej drugiej nie było. Dodatkowo w „Walking…” mamy epilog – „11 lat później”. Nie przepadam za tego typu zakończeniami, ale to było naprawdę intrygujące, zamykające historię Abby i Travisa.

Gdzieś spotkałam się z porównaniem Travisa Madoxa do Christiana Grey’a. Hmmm… może i coś w tym jest. Chęć kontroli, „makeup sex”,… Ale nie wychodziłabym aż tak daleko. Nie da się ukryć, iż współczesny bohater literacki to zazwyczaj ktoś, kogo dopada przeszłość, ma wiele problemów ze swoim ja i spotyka „ją”, której celem życiowym jest zmiana go na lepsze. Już po raz któryś z kolei twierdzę, iż my – kobiety - potrzebujemy kogoś, kogo możemy naprawić, kto zmieni się pod naszym wpływem, wyłącznie dla nas. Dlaczego? To pytanie raczej do psychologów. Nie znam dokładnej odpowiedzi, być może spowodowane jest to tym, iż chcemy mieć jakieś znaczenie, być potrzebną, zmienić. Kluczowe słowo – zmienić. Nie zawsze na lepsze.
Ale książkowe historie zazwyczaj kończą się dobrze. Bohaterowie mają swoje szczęśliwe zakończenie. Tak też jest i w tym przypadku.

Polecam, bo nie jest to tandetna historia dla nastolatek, bez żadnego przesłania. Ta historia ma swój morał, trzeba go jedynie wyczytać z kart książki. 


niedziela, 30 marca 2014

J. A. Redmerski - Na krawędzi nigdy


tytuł oryginału: The Edge of Never
seria/cykl wydawniczy: Na krawędzi nigdy tom 1
wydawnictwo: Filia
data wydania: 22 stycznia 2014
liczba stron: 476
ocena: 9/10
data przeczytania: 30 marca 2014
 „Tak naprawdę sam nie wiem, czego chcę. Ale mam nadzieję, że będę wiedział, jeśli to zobaczę.”
Ostanie moje wybory książkowe są strasznie emocjonalne. To już któraś z kolei pozycja, która potrafi wyciskać łzy. Ale to przecież świadczy dobrze o książce, kiedy zmusza ona do płaczu. J. A. Redmerski to autorka słabo znana na polskim rynku wydawniczym. Książka, o której mowa, została przetłumaczona i wydana pod koniec stycznia bieżącego roku i jak na razie zbiera całkiem dobre recenzje. A to dlatego, że jest to po prostu dobra książka. Przesycona emocjami, i tymi dobrymi jak i tymi złymi. Ta książka to swoista droga, prowadząca do odnalezienia siebie, ale także osób, z którymi chce się dalej „podróżować”. W swojej prostocie jest naprawdę piękna.

Camryn Benett, cierpiąc, tęskniąc za tym, co było kiedyś, poszukując swojego miejsca postanawia wyruszyć w podróż. Dokąd? Pierwsze skojarzenie – Idaho, i tam tez się udaje. I wszystko wskazuje na to, e będzie to jej najlepsza decyzja w życiu. Tym samym autobusem podróżuje Andrew Parrish, który spieszy na spotkanie ze swoim ojcem. Los stawia tych dwoje na swojej drodze i tu zaczyna się pełna przygód podróż, która zakończyć się może tylko w jeden sposób.
„Jestem samolubem. Ponieważ kocham ją i od chwili, gdy odezwała się do mnie w autobusie w Kansas, wiedziałem, że jest tą jedyną.Przeznaczenie jest jednak okrutne i gdybym spotkał Los teraz, to kopnąłbym go  w pieprzone jaja.  Mam po prostu nadzieję, że Camryn mi wybaczy…”

T historia nie jest do końca szczęśliwa. Jest jak życie, nie jest „usłana różami”, pomiędzy chwilami dobrymi wplatają się te złe, z którymi bohaterowie musza walczyć. Walczą i nie poddają się. Dążą do swojego szczęśliwego zakończenia.
Nie można nie wspomnieć o doborze piosenek, które wymieniają bohaterowie. A oceniłabym je jednym słowem: majstersztyk. Właśnie takie klimaty uwielbiam. Wiele z tych utworów było mi wcześniej znanych, ale lista moich ulubionych poszerzyła się też o kilka nowych nazwisk. Połączenie „The Edge of Never” z The Civil Wars – Poison & Wine ….
Coś naprawdę urzekającego.
Dodając do tego Kansas, Rolling Stones, Eagles, …

Kolejne rozdziały książki przedstawiane są z dwóch punktów widzenia. Jego i jej. Dzięki czemu, można lepiej poznać psychikę każdego z bohaterów, zauważyć pewne szczegóły, które mogłyby zostać pominięte. Zabieg ten czyni tę książkę niezwykle wyjątkową, nie dlatego, że czegoś takiego się nie stosuje, bo często można się z tym spotkać, ale dlatego, że autorka pozwala nam, czytelnikom, zagłębić się w myśli te drugiej osoby, poznać jej przemyślenia, nadzieje, oczekiwania. A to pozwala w pełni odebrać, to co autor chce przekazać. W pełni rozumieć tę historię.

Właściwie, nie umiem wyrazić ogromu mojego zaskoczenia podczas rozpoczęcia czytania rozdziału czterdziestego. Naprawdę myślałam, że to koniec, że nie ma żadnego „żyli długo i szczęśliwie”. I już chciałam krzyczeć, że tak nie może się to skończyć, że to nie może być „koniec”. I nagle, z kolejnym zdaniem moje obawy rozwiały się pył. Na szczęście.
"Byłaś brakującym fragmentem mojej duszy, powietrzem w moich płucach, krwią w moich żyłach"
Elementy mitologii przemycone w tej opowieści, także na wielki plus. Pomysł z niedokończonym tatuażem jest niezwykle romantyczny. Porównanie miłości głównych bohaterów do Orfeusza i Eurydyki , która nie była zwykłym romansem wzbogaca tę opowieść. Skąd inąd wiadomo jednak, że ta mityczna historia nie ma swojego szczęśliwego zakończenia, ale jest ona metaforą prawdziwej miłości, która nie zna granic.

Podróż, i ta fizyczna pomiędzy różnymi miejscami na mapie i ta metafizyczna – wgłęb siebie ma jeden cel. Poradzenie sobie z problemami, które nie rozwiązane zaczynają się nawarstwiać tworząc mur nie do zburzenia. To historia o pokonywaniu swoich lęków, depresji, o radzeniu sobie ze swoimi uczuciami.
Podróż Camryn i Andrew pomimo kilku komplikacji nadal trwa. Autorka napisała kolejny tom „The Edge of Always”, który w polskim przekładzie wydany będzie dopiero w maju.  Dlatego też, od razu zabieram się za tę lekturę w oryginale. Już nie mogę się doczekać J




czwartek, 27 marca 2014

Federico Moccia - Chwila szczęścia




tytuł oryginału: Quell'attimo di felicità
wydawnictwo: Muza
data wydania: 19 marca 2014
liczba stron: 320
ocena: 8/10
data przeczytania: 26 marca 2014
„Kiedyś tak zrobię, mówiłem do siebie. Ten dzień jednak nigdy nie nadszedł. Kiedyś znaczy tak naprawdę nigdy. […] Nasze życie składa się z wyrzeczeń. Wydaje nam się, że nadejdzie lepszy moment, że warto żyć, że wszystko się zmieni. Jutro, czekamy zawsze na jutro, choć ono przecież nie zawsze niesie to, czego się spodziewamy.„

Federico Moccia i jego najnowsza pozycja „Chwila szczęścia” w niezwykle przyjemny sposób umilili mi, ciągnący się zazwyczaj w nieskończoność, przejazd autobusem a także jeden dość nieciekawy wykład J Historia Nicco sprawiła, że czas płynął szybko, zbyt szybko.
Nicco to główny bohater, który mieszka w stolicy niesamowitych Włoch i oprowadza nas na kartach książki po gorącym, słonecznym Rzymie, nie pomijając żadnego ważnego punktu tego miasta. Nicco cierpi. Został „brutalnie” rzucony przez dziewczynę, którą stać było jedynie na „Przykro mi…” wyjaśnień. Nie może a właściwie nie chce pogodzić się z jej odejściem, obarcza winą siebie, bo nie potrafi on wyrażać swoich emocji. „Kocham cię” to wyrażenie, którego Alessia nigdy nie usłyszała. Ale czy dlatego odeszła?

Pomocą w zapomnieniu Nicco, służy jego najlepszy kumpel Gruby, który jest postacią nader ciekawą. Charyzmatyczny, do swoich dość szalonych pomysłów przekona każdego, umawia się na raz z dwiema dziewczynami i poznaje trzecią i w końcu czwartą. Para się ściąganiem z Internetu filmów dla dorosłych, wypala je na płytkach i prowadzi dystrybucję. Biznes ten przynosi mu duże korzyści, gdyż w podzięce za CD klienci płacą nie tylko pieniędzmi, ale też wejściówkami do różnych miejsc, czy też opłaconą kolacją. Gruby to typ przyjaciela, który zrobi wszystko, by pocieszyć kumpla. I to właśnie dzięki niemu udaje im się poznać dwie, przemiłe, przepiękne turystki z Polski, które jedynie słów kilka znają po włosku. Ale język nie stanowi problemu. Przecież istnieje jeszcze jeden rodzaj języka - język miłości.

Jak można się spodziewać, historia Nicco i Ani z Polski zaczyna nabierać rumieńców. Wspólnie z Grubym i Pauliną udają się na zwiedzanie Wenecji, Neapolu, dzięki czemu zbliżają się do siebie. Jednak złamane serce i zraniona duma nadal dają o sobie znać. Dodając do tego kłopoty rodzinne – tworzy się mieszanka wybuchowa.

„Wspaniały okres w życiu?! Straciłem tatę, mama jest załamana, moja starsza siostra Fabiola zamierza odejść od męża, chciała nawet, bym go o tym poinformował, moja młodsza siostra rozstała się z Pepem i teraz chodzi z poetą Ernestem, również w tym przypadku miałem pośredniczyć w rozmowach, natomiast mnie bez słowa wyjaśnienia porzuciła Alessia i jakoś nie widzę nikogo, kto chciałby mi to wytłumaczyć.”

„Chwila szczęścia” to nie jest moja pierwsza książka tego autora. Choć ta z wszystkich mi dotychczas znanych jest najlepiej napisana i ma najciekawszą fabułę. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy z czytelników, a dokładnie czytelniczek, mogą być nieco zniesmaczeni poczynaniami Nicco i Grubego w stosunku do płci przeciwnej, bo przecież nie zachowują się oni jak dżentelmeni. Ale taka jest rzeczywistość. Ze świecą szukać chłopaka, który jest szarmancki i nie wykorzystuje dziewczyn dla swojej własnej przyjemności. Wiem jednak, że takie ideały istnieją, gdzieś tam na świecie. Ale dzięki temu, że chłopaki są nieidealni, popełniają błędy, oszukują ta historia jest całkowicie możliwa do zdarzenia się w rzeczywistości. Łatwo to sobie wyobrazić.

Nie mogę nie wspomnieć o Pepe – a to dlatego, że ogromnie kojarzy mi się on z osobnikiem z reklamy chrupków Star ( niezamierzona reklama J). Kojarzycie? Taki „paker” przychodzi do mieszkania i pyta się czy „chrupky ma”. Aktualnie są już dwie wersje tej reklamy. W każdym bądź razie, Pepe to właśnie taki paker i czytając moment, w którym owy Pepe rozmawia z Nicco, przed oczami pojawił mi się facet z reklamy, dlatego też przepraszam moich współtowarzyszy niecnej podróży autobusowej, którzy musieli znieść mój chwilowy napad śmiechu.

„Już wiem, czego brakuje na Facebooku, ikonki „Nie lubię”. Jeśli coś mi się nie podoba, czegoś nie aprobuję, mogę tylko siedzieć cicho. A ja chcę, żeby była taka ikonka, dłoń z kciukiem skierowanym w dół, żebym mógł wzorem starożytnych Rzymian wyrazić swoje niezadowolenie. Czy to jasne Zukerberg?”
Pod powyższym podpisuję się obiema rękami.

„Chwila szczęścia” jest lekka, przyjemna i niejednemu czytelnikowi umili deszczowy wieczór. Są w niej momenty, z których można się śmiać, ale też takie, które zmuszają do chwilowego zastanowienia się, bo jednie z chwil nasze życie jest złożone. Czasem są one lepsze, czasem gorsze, trzeba jedynie umieć dostrzec te wartościowe i czerpać z nich jak najwięcej.
„[…] czuję niezwykłą lekkość -  nic nie zaprząta mi głowy, nic mnie nie martwi, bez konkretnego powodu odczuwam satysfakcję, nie mam nic do zrobienia następnego dnia. Biorę głęboki oddech i uśmiecham się z zadowoleniem. To jest właśnie chwila szczęścia.”

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

poniedziałek, 24 marca 2014

Jasinda Wilder - Tylko Ty




tytuł oryginału: Falling Into You
wydawnictwo: Amber
data wydania: 25 lutego 2014
liczba stron: 304
ocena: 10/10
data przeczytania: 23 marca 2014
"I and love and you"
Niewiele rzeczy doprowadza mnie do łez. Zazwyczaj nie pozwalam sobie odczuwać głębszych emocji w stosunku do materii. A dzisiaj pokonała mnie książka…

Keep me safe inside Your arms like towers Tower over me…Cause we are broken What must we do to restore Our innocence And all the promise we adored Give us life again cause we just wanna be whole…
Dodając do tego piano version Paramore – We are broken w słuchawkach.
Ból w sercu…
Poległam totalnie…

Gdybym miała opisać tę pozycję jednym słowem, byłoby to słowo: tragizm. Prawdziwa tragedia, która odciska swoje piętno na całym życiu.  A zaczyna się jak w bajce. On i ona, najlepsi przyjaciele od zawsze, aż do momentu, kiedy przyjaźń to za mało. I pojawia się miłość.  Dni wypełnione szczęściem, namiętnością. Aż do feralnego dnia przeraźliwej burzy. Ten dzień staje się końcem. Końcem miłości, szczęścia, namiętności, dotychczasowego życia. Pojawia się pustka, bo odczuwanie czegokolwiek potrafi zabić. I w tych najczarniejszych chwilach pojawia się ktoś. Nell poznaje starszego brata Kyle’a, który „wie”. Mijają dwa lata. Nell mieszka i studiuje w NY i ponownie los stawia na jej drodze Coltona. I tu zaczyna się historia obejmująca ogrom uczuć, począwszy od gniewu, żalu, rozpaczy aż po zalążki szczęścia, przebaczenia, przyjaźni i miłości. 
Gdzieś po drodze Nell odnajduje ponownie siebie.

Czy ta historia jest zakończona szczęśliwie? Wydawałoby się, że tak, że wszystko kończy się dobrze. Ale ból z pewnością pozostaje i daje o sobie znać od czasu do czasu.
I te słowa, które są tak prawdziwe, tak… przenikają do wnętrza, porażają swoją intensywnością i mocą.
“Feel. Grieve. Let yourself fell the anger at the fact that he was taken from you. Feel the loss of him . Feel the sadness and the missing him. Don't block it out, don't cut so it so stop, don't drink yourself numb. Just sit and let it all rip you apart. And then get up and keep breathing. One breath at a time. One day at a time. Wake up, and be shredded. Cry for a while. Then stop crying and go about your day. You're not okay but you're alive, and you will be okay, someday”
Uwierzyłam autorce. Ta historia jest prawdziwa, czytając ją czułam, że jest prawdziwa, bo czy zmyślona historia mogłaby wywołać takie emocje? Przeraża mnie to, jaką moc mają czyjeś słowa, jak silnie mogą oddziaływać na innego człowieka. Jaki ból mogą wywołać.
“I’m not just falling in love with you, Nell. I’m falling into you. You’re an ocean, and I’m falling in, drowning in the depths of who you are. Like you said, it’s scary in a way, but it’s also the most amazing thing I’ve ever experienced. You are the most amazing thing I’ve ever experienced.”
Nie mam merytorycznych zastrzeżeń do tej książki. Może dlatego, że czytałam ją w oryginale, a z tego, co się zorientowałam polski przekład nieco rujnuje klimat. A nawet najdziwniejsze słowo w języku angielskim jest zupełnie inne. Lepsze? Osobiście pałam wielkim zamiłowaniem do tego języka i być może moja pasja zaciemnia mój osąd, ale wydaje mi się, że książka czytana w oryginale może być odebrana zupełnie inaczej niż jej przekład.

Polecam, polecam, polecam!  I nie zgadzam się z osobami, które mówią, że ta pozycja jest sztampowa i nudna. Nie, nie jest. Jest jak najbardziej godna uwagi. Mogę jedynie ostrzec przed ferworem emocji, który może Was porwać, dlatego nie koniecznie jest to dobra lektura na melancholijny nastrój.