piątek, 30 września 2016

Anna Moczulska - Bajki które zdarzyly sie naprawde. Historie slynnych kobiet




[...] słowo "historia" jest wspaniale niejednoznaczne. 

Published: 24.08.2015

Znak literanova

Pages: 239

Read: 30.09.2016

Rating: 4/5


Ręka do góry, kto lubił historię w szkole??
....
A ja tak! 
Pomimo tego, że była ona wykładana w normalny, podający sposób - nauczyciel opowiada, doczytujemy z książki, wykuwamy, zaliczamy i zapominamy.
To jednak jest coś magicznego we wszystkich historiach, które się zdarzyły kiedyś. Mój ciekawski umysł nie byłby taki ciekawski, gdyby nie chęć doczytywania, poznawania historii mniej istotnych ludzi w królestwach i mocarstwach. Ale przyznaję, że nie zastanawiałam się dłużej nad rolami ważnych kobiet w historii. Po prostu były i tyle. 
A tu taki psikus, bo ich historie były o niebo ciekawsze od tych powszechnie znanych wojen między królestwami czy królami walczącymi o nie swój tron. 



Nie jestem pewna, czy sama z siebie sięgnęłabym kiedyś po tę pozycję, dlatego ogromne ukłony dla mojego Dyskusyjnego Klubu Książki, za wybranie tej lektury na październik.
Autorka - Anna Moczulska - prowadziła (bo już dawno nie ma nowego postu) bloga Kobiety i historia, na którym przedstawiała losy różnych kobiet. Oprócz tych oczywistych wyborów, jak królewny i księżniczki, możemy też poczytać o pierwowzorze Ani Shirley, o mezaliansach w historii, o pierwszych sportsmenkach, o tym, co jadły, jak się ubierały. Naprawdę bardzo dużo szczegółów, nad którymi mogliśmy się kiedyś zastanawiać. 
Duże zainteresowanie treściami na blogu skłoniło autorkę do zawarcia tych historii w postaci książki. I tak powstały "Bajki..." 



Pozycja ta jest napisana w dość nietypowy sposób, bo podzielona jest na 5 części, z których każda odnosi się do jednej z powszechnie znanych baśni. I tak mamy: Kopciuszka, Śpiącą Królewnę, Księżniczkę na ziarnku grochu, Piękną i Bestię oraz Królewnę Śnieżkę. W każdym rozdziale znalazły się historie, które pasują tematycznie i skojarzeniowo do tych baśni, z tym że, wydarzyły się naprawdę. 
Poczytać możemy o słynnej carycy Katarzynie, która zanim wydała się za cara Piotra, była zwykłą chłopką, która pięła się po szczeblach drabiny społecznej wykorzystując do tego swoje ciało. 

"Bo nie oszukujmy się, miłość miłością, caryca carycą, ale to jeszcze nie znaczy, że jej wolno tylko co jemu!"

Fascynująca jest historia Zofii Chotek, ubogiej czeskiej hrabianki, w której zakochał się arcyksiążę Franciszek Ferdynand. Jednak książęce małżeństwo z miłości, w dodatku z kobietą o niskim statusie zostaje uważane za hańbę i pomimo tego, że w końcu dochodzi do owych zaślubin, Zofia wcale nie jest traktowana, jak na żonę arcyksięcia przystało. Ich historia kończy się nadzwyczaj smutno - kochali się naprawdę, ich życie w społeczeństwie było bardzo trudne, a ich los został przypieczętowany zamachem, w którym oboje stracili życie. A później była wojna - i ta historia jest już bardziej znana. 

"Trumna Franciszka Ferdynanda stała wyżej, Zofii niżej, o całe dwadzieścia pięć centymetrów. [...] W oczach świata wciąż byli nierówni. Nawet po śmierci."



Książka ta zawiera wiele naprawdę ciekawych i wartych uwagi historii kobiet. Warto pochylić się nad ich losem i czasem nawet współczuć. Bo przecież marzeniem prawie każdej z nas w dzieciństwie było zostać królewną. Po przeczytaniu tej pozycji, spojrzenie na życie królewien diametralnie się zmienia. Wiedząc to, co teraz wiem, nigdy w życiu nie chciałabym być na ich miejscu. Bo właściwie, ich życie sprowadzone było do bycia kartą przetargową pomiędzy walczącymi o władzę i wpływy rodzinami. Nie miały żadnego wyboru, w żadnej kwestii swojego życia. Z pokorą i dumą miały przyjmować podejmowane za nie decyzje dotyczące ich losów, a te którym ich silny charakter bronił się podporządkować były skazywane na śmierć, wygnane albo zamknięte w wysokiej wieży. Jak w bajce...

Ta książka opowiada historie kobiet, ale również pokazuje świat mężczyzn, którzy nimi rządzili. I w większości okazuje się, że byli to sami tyrani, despoci, z wyolbrzymionym poczuciem własnej wartości, z chęcią dominacji, nie znający ani krzty miłości i dobroci. Nawet nasz Kazimierz okrzyknięty Wielkim, dopuścił się haniebnych czynów, które zostały później zatuszowane przez historię. 

Wszystkie historie przedstawione w książce, są ogromnie intrygujące, pozwalające na chwilę zanurzyć się w dawnych czasach i poznać kobiety, które wiodły swoje ciężkie życiu u boku i w cieniu wielkich historycznych władców. 
Większości z nich należą się brawa i wielkie uznanie, że pomimo trudnych sytuacji potrafiły wykrzesać odrobinę szczęścia w swych nieszczęsnych czasach. 

wtorek, 13 września 2016

K. Bromberg - Driven Series #1, #2, #3




"Hurting is feeling and feeling is living, and isb't it good to be alive?"

Pulished: 2013/2014

JKB Publishing

Pages: #1:320, #2:345, #3:453

Read: 09-13.09.2016

Rating: 4,5/5


K. Bromberg starała się stworzyć bohaterów, którzy będą oryginalni i nieprzewidywalni, swoją bujną osobowością przyciągną nowych czytelników - a starych skuszą do sięgnięcia po historie bohaterów pobocznych. 
I prawie się to udało. 
No ale... jakby gdzieś to wszystko już było. 
Nie można oprzeć się wrażeniu, że główne postaci, to bohaterowie całkiem podobni do znienawidzonych już przez niektórych Any i Christiana. Kojarzycie??
Bo jest ona, trochę skromna, z ogromnym sercem do innych - szczególnie do dzieci z trudną przeszłością -  z dużą dozą współczucia, chęcią pomocy, umiejętnością słuchania.
I jest on, który swoje życie traktuje dosyć lekko - podobnie też płeć przeciwną - kobiety potrzebuje tylko na chwilę, ażeby zaspokoić swoje potrzeby, zawsze dostaje, to co chce, jest skryty, egoistyczny, arogancki, nie cofnie się przed niczym, kiedy dąży do celu. 
Come on! Trochę to przypomina Steel i Grey'a. 
Ale, jest pewne "ale". Rylee i Colton to bohaterowie o wiele ciekawsi. Ogromną zasługą jest tu język literacki autorki i jej kunszt. Bo pomimo, że nie jest to literatura wysokich lotów, czyta się to naprawdę dobrze. 

“Remember, life isn’t about how you survive the storm, but rather how you dance in the rain.” 

Ogólnie rzecz jest w tym, że przypadki chodzą po ludziach i taki też przypadek powoduje, że tych dwoje spotyka się, właściwie ktoś tu na kogoś wpada. Jedno spojrzenie w oczy powoduje uczucie przyciągania i pożądania, a kąśliwe słowa sprawiają, że nie mogą się sobie oprzeć. Ważny jest tu także element zakładu, od którego wszystko się zaczyna. 
Dalszej historii można się domyśleć. 
Nie jest też żadnym zaskoczeniem fakt, iż obie te postaci mają swoją przeszłość, swoje demony, które ścigają ich każdego dnia. 

“I know all about baggage, sweetheart. I have enough of it to fill up a 747 and then some.” 

Co piękne w tej historii, to to, w jaki sposób nieustannie jedno musi walczyć o drugie. Bo jak się okaże - nie mogą bez siebie żyć. 
Cześć pierwsza i druga były ok, ale trzecia... to naprawdę dobra lektura. Wszystkie wydarzenia może i nie są jakieś ogromnie zaskakujące, ale język jest naprawdę świetny. Czasami jest tak, że czytając jakąś pozycję nie jesteśmy w stanie utożsamić się z bohaterami, dlatego że ich dialogi są jakieś nie na miejscu nie wiarygodne, nie możliwe do usłyszenia w rzeczywistości, po prostu nie ma za cholerę składu i ładu. 
A tu nie! Z łatwością mogłam wyobrazić sobie Coltona z jego ciętym, najeżonym seksem w każdym zdaniu, językiem, Rylee też była jak najbardziej wiarygodna. Ich kłótnie to jeden wielki ogień, a sceny seksu, były i owszem, ale wcale nie jakieś niesmaczne. Wręcz na odwrót! Czytając kolejne strony robi się naprawdę gorąco. 

“I bet he fucks like he drives—a little reckless, pushing all the limits, and in it until the very last lap.” 

Trzeba jednak przyznać, że język bohaterów jest nad wyraz "dorosły", trochę wulgarny, przesycony seksem. Niektórzy mogą poczuć się urażeni bądź zgorszeni - Wam nie polecam lektury. Zaś tym, którzy nie mają problemu z licznymi wulgaryzmami i lubią dosyć pikantne słownictwo - jak najbardziej polecam. 

“Roses are red. Lemons are sour. If you open your legs, I'll be there in an hour.


Plus jest taki, że autorka nie mogła chyba rozstać się z tą serią dlatego też zaraz po wydaniu trzeciego tomu, wydała nowelę "Raced" - są to rozdziały z punktu widzenia Coltona i muszę od razu przyznać, że czyta się to z wypiekami na twarzy, bo myśli Coltona są naprawdę HOT!. 
“I want to take my time with you, Rylee. I want to build you up nice and slow and sweet like you need. Push you to crash over that edge. And then I want to fuck you the way I need to. Fast and hard until you’re screaming my name. The way I’ve wanted to since you fell out of that storage closet and into my life. Once we leave this elevator, I don’t think I’ll have enough control to stop … to pull away from you, Rylee. I. Can’t. Resist. You.” 
W tym roku - 2016 - został wydany tom 4 - "Aced" - to historia przedstawiająca wydarzenia po zakończeniu tomu 3 do epilogu, który miał miejsce 10 lat później.
A żeby tego nie było za mało, powstały również książki, gdzie głównymi bohaterami stali się bohaterowie poboczni. I tak, mamy tu:



"Slow Burn" - historię najlepszych przyjaciół - Haddie i Becks.
2015






"Sweet Ache" - historię siostry Coltona - Quinlan
2015





"Hard Beat" - historię brata Rylee - Tanner
2015







"Down Shift"- historię jednego z chłopców - Zander 
11.09.2016 





Powyższe historie to standalone Spin-Offs. Można je czytać w różnej kolejności, bez uprzedniego zapoznania się z historią Rylee i Coltona. Aczkolwiek, osobiście nie polecam. bo niby autorka twierdzi, że są to "totally unconnected and complete standalones" to jednak warto wcześniej zapoznać się z główną historią, a następnie z bohaterami pobocznymi. Takie moje zdanie.

Polecam!! Także, do książek! moi drodzy. 


wtorek, 17 listopada 2015

Jay McLean - More Than Enough



"Sempre fidelis"

"[...] and my actions will always, always, speak louder than my words."

Published: 07.11.2015

Pages: ...

Read: 17.11.2015

Rating: !!!5 Fucking Stars!!!!

Jak można ocenić piękno?

“There’s no emotion greater than fear. No ache greater than grief. No sound greater than silence.” 
Dylan, to kolejna postać stworzona przez Jay McLean. Od samego początku wydaje się być osobą twardo stąpającą po ziemi, kiedy już się odzywa - wszyscy go słuchają i baczą na jego słowa. Wydaje się być typem samotnika, nieszczęśliwego człowieka, który stara się za wszelką cenę robić dobrą minę do złej gry. Stara się dopasować, znaleźć swój sens w życiu, swoje miejsce wśród rodziny, wspaniałych przyjaciół, kochającej go dziewczyny. Ale to mu nie wystarcza. Pragnie więcej...

Riley, to nowa postać, nie znana do tej pory. Dziewczyna z sąsiedztwa, z domu obok. Z ciężarem ogromnej tragedii i winy duszącej ją od środka. Bo przez nią ktoś stracił życie, bo ona jest przyczyną tragedii, przez co, jej życie staje się swoistą tragedią. Jak można otrząsnąć się z czegoś takiego? Jak można żyć z uczuciem nieustającej winy i rozczarowania? Jak wstać każdego ranka z łóżka? Jak zasnąć i nie śnić?
“Because sometimes you need to have nightmares to appreciate the dreams.” 
Ogromnie trudno mi napisać cokolwiek o tej pozycji.
Nie jestem w stanie ubrać w słowa chaosu moich myśli po lekturze. Chaosu myśli, ale też chaosu uczuć. Bo nie da rady spotkać się z tą książką i nic nie poczuć. 
Jakieś 9 miesięcy temu, przy okazji mojego spotkania z "More Than Forever", zaklinałam się po wsze czasy, że nie można napisać już nic lepszego. I, że żadna książka nie potarga moich uczuć tak bardzo, i nie wyciśnie tylu łez. 
Jak cudownie się mylić!



Więc zacznijmy od ostrzeżenia: przed spotkaniem z "More Than Enough" upewnijcie się, że nie jesteście w jesiennej depresji, nie macie załamania nerwowego, nie przeżywacie trudnych chwil, nie skończyliście, dopiero co, długiego związku, nie jesteście po prostu smutni. Bo obiecuję, będzie tylko gorzej.
Pokłady emocji niesione przez tę pozycję są nie do ogarnięcia. Raz się śmiejecie za przyczyną barwnych opisów szalenie zabawnych sytuacji [Operation Mayhem Rocks!!!, High School Musical  Soundtrack :)], by po przewróceniu strony wycierać rękawem koszulki lecące łzy, udając, że to alergia, albo nieszczęsny paproch siedzący na Kindlu wpadł do oka. 



Jay McLean uczyniła mi (i myślę, że nie tylko) tak wyborny prezent, że aż brakuje słów, by wyrazić wdzięczność. I pomimo tego, że historia tej dwójki po wielu, wielu burzliwych losach, kilku tragediach i niewielu szczęśliwych chwilach kończy się happy endem, ma się poczucie ogromnego smutku. 
Moje serce w całej swojej okazałości należy do nich.
I nie jest tak, że w jakiś sposób mogę się z nimi utożsamić, zrozumieć ich uczucia. 
O nie, w żadnym wypadku. 
Ale czuję nieprzemożone pokłady smutku w stosunku do nich. Tak, wiem to bohaterowie fikcyjni, nie istnieją naprawdę. But guess what! - w mojej głowie są prawdziwi. Czuję, że oni są, naprawdę są. [Psychoza???]

Moje spotkania z książkami, czasem właśnie tak się kończą. I mogę zapewnić Was, że przez dłuższy czas będę rozpamiętywać tę historię, wracać do przeczytanych już stron, odkrywać je na nowo. Bo czuję jakąś dziwną tęsknotę. Sama nie jestem w stanie określić za czym, z jakiego powodu. Po prostu, tęsknie...



Jay McLean dziękuję Ci, za zawieszenie poprzeczki wobec mężczyzn tak wysoko, że chyba jedynie bohaterowie powieści (Twoich) mogą jej sprostać. Bo gdzie szukać kogoś podobnego do Jake'a, Logan'a, Cameron'a czy Dylan'a?
Jeśli ktoś z Was będzie wiedział, dajcie znać. Podzielcie się! :) Ok, a teraz idę popłakać.

Całym sercem, całą duszą, moim jestestwem zachęcam, nie!, zaklinam!, sięgnijcie po tę książkę. Sprawcie sobie przyjemność spotkania się z miłością nie mającą granic. 



niedziela, 15 listopada 2015

Katja Millay - The Sea of Tranquility




“Nothing is perfect. It's not even good yet. But maybe.”

Published: 13.11.2012

Atria Books

Pages: 426

Read: 15.11.2015

Rating: 5/5

Dziewczyna, o której wiemy jedynie tyle, iż spotkała ją ogromna tragedia, której ślady stale nosi na sobie. Chłopak, którego życie od najmłodszych lat naznaczone jest śmiercią. 
Dwie różne osoby, dwie różne historie, aż do momentu ich spotkania, kiedy to odrębne historie zaczęły łączyć się w jedną. 
"I live in a world without magic or miracles. A place where there are no clairvoyants or shapeshifters, no angels or superhuman boys to save you. A place where people die and music disintegrates and things suck. I am pressed so hard against the earth by the weight of reality that some days I wonder how I am still able to lift my feet to walk."
Od pierwszych stron niewiele wiemy o głównej bohaterce, ale właśnie to jest jednym z powodów, dlaczego chcemy brnąć dalej, dotrzeć do końca, do prawdy. Nastya to niezwykle barwna postać - pomimo tego, iż w jej garderobie króluje czerń. Jej zachowanie, styl, osobowość pokazują nam, że z pewnością nie można określić jej mianem normalnej, zwykłej dziewczyny. Wszystko, co jej dotyczy aż krzyczy, że jest ona niezwykła
Poznaje chłopaka, który podobnie jak ona, też jest niezwykły. Sądzi on, zresztą tak jak i wszyscy inni, że otacza go aura śmierci, dzięki której nikt nie chce z nim zadzierać w obawie przed nieuniknionym. 
Pomimo tego, iż tych dwoje kreują się na osoby sine, niezależne, nie dbające o opinie innych, w rzeczywistości to dwie nękane cierpieniem dusze, które potrzebują pomocy. 
I znajdują ją w sobie nawzajem.

“I can be your other hand when you need it.” 


Książka ta, to jedna, wielka opowieść o miłości naznaczonej bólem, cierpieniem, tęsknotą, śmiercią. To, co przydarzyło się bohaterom jest niemożliwe do zrozumienia, jeśli samemu nie spotkało się z taką tragedią. Nie jest się w  stanie wiedzieć, co czuje dziewczyna, której całe życie nagle się skończyło, marzenia legły w gruzach, albo chłopak, który stracił wszystkie bliskie mu osoby. Nie można pojąć takiego ogromu tragedii. I można tylko dziwić się, jak oni dawali  radę dalej żyć. 


“There are so many things that can break you if there's nothing to hold you together.” 
Zanim zaczęłam czytać tę pozycję, przejrzałam jej stronę na Goodreads.com. Wysoka ocena ogólna, multum pozytywnych, wychwalających pod niebiosa, komentarzy. Nawet Colleen Hoover oceniła na 5 gwiazdek. Dlatego też moje oczekiwania były naprawdę duże. Może nawet ogromne. 

No i dotarłam do ostatniej strony. I świat się nie skończył, mój dom dalej stoi, nic się nie zmieniło. Nie czuję książkowego kaca. Nie mam problemu z sięgnięciem po kolejną lekturę. Przyznaję, że jest to naprawdę piękna i smutna historia, ale nie zawładnęła mną. Proces czytania był naprawdę przyjemny, z niecierpliwością zmieniałam strony na Kindle, żeby tylko dowiedzieć się prawdy, ale, szczerze, czuję lekki zawód. Liczyłam na to, że zostanę rażona piorunem i nie będę mogła się pozbierać, że będzie mi przykro, że ta przygoda już się skończyła. A tak nie jest...

Mimo wszystko bardzo cenię sobie tę historię (stąd też 5/5, głównie za piękne porównania i barwny język autorki), na pewno zapamiętam ją na dłuższy czas, choć nie jestem pewna, czy kiedyś jeszcze do niej wrócę. 

Źródło: http://www.perpetualpageturner.com/2014/03/book-talk-the-sea-of-tranquility-by-katja-millay.html

wtorek, 10 listopada 2015

Karina Halle - The Offer


                     

         “Maybe it was love or maybe it was just loss,” 
                          Series: (The Pact #2)
                      Published:   14.06.2015
                CreateSpace Independe Publishing Platfrom
                                    Pages: 271
                               Read: 9.11.2015
                                    Rating: 3/5



“Sometimes it’s the easiest, most simple things in life that bring you the most joy. The good, pure kind of joy that just makes you feel human and proud of it.

Co może wyniknąć ze spotkania młodej, samotnej matki o niezwykle ciętym charakterze i języku z szalenie przystojnym niewiele starszym mężczyzną odnoszącym sukces w życiu??
Otóż, nic innego jak seks.
“You know what your real problem is, sweetheart?” “What?” I ask, wanting to know and scared of the answer. “You’re totally underfucked,” he says, his voice dropping a register. He leans in closer. “And I’m the one who can tip the scales in the other direction.” 
W wielkim skrócie: niemożliwy do pohamowania pociąg i ogrom hormonów doprowadzają, w końcu, do "intymnego spotkania" tej dwójki.  Było gorąco, ciekawie, z dużą dozą śmiechu, aż do momentu, gdy na mapie pojawia się big fat L-word. A gdzie pojawia się miłość często przybywa też i chaos. Tak też i w tym przypadku, szczęście nie może trwać zbyt długo. Pojawiają się długo skrywane tajemnice, dosłownie "pojawiają się", sielanka się kończy i jej miejsce zajmuje wściekłość, zranienie i tęsknota. Ale jak to w bajkach wszystko kończy się tak, jak powinno - "i żyli długo i szczęśliwie".
Czekam na dzień, kiedy przeczytam jakąś książkę, wytrwam do końca i .... zdziwię się. Podobno nie żyjesz, jeśli już się nie dziwisz. W takim razie mój żywot książkoholiczki chyba jest na wymarciu. Wszystko, co wpada w moje ręce, ostatnimi czasy, jest dosyć przeciętne, przewidywalne, zupełnie nie zaskakujące. Przyznaje się bez bicia, iż jest to tylko i jedynie moja wina, że wybieram akurat taką, a nie inną literaturę.
Ok, ale wracając do książki, nie jest zła. Może nie jest aż tak dobra, ale nie jest też aż tak zła. Jest taka pośrodku. Kilka ciekawych elementów - głównie wybitny humor głównego bohatera, ale też pokazowa łazienka w IKEA - kilka mniej ciekawych, nie wprawiających ani w śmiech, ani we współczucie, jedynie w zirytowanie tematem.
"Wham. Bam. Thank You Bram!"
Ale jedno muszę przyznać - jest to pozycja o tym, że uprzedzenia innych ludzi i ich opinia o kimś może definitywnie różnić się od prawdy. Nie zmienia to faktu, że wedle znanego przysłowia "jak cię widzą, tak cię piszą", jeśli swoim zachowaniem pokazujesz swoją najgorszą stronę, to inni przez długi czas będą cię uważać za taką osobę. Mimo, że w głębi wcale taki nie jesteś, a twoje zachowanie spowodowane jest niedokończonymi sprawami, problemami, o których oni wcale nie mają pojęcia. 
Bram otrzymuje "nalepkę" człowieka o dosyć niewygórowanych wymaganiach wobec kobiet - ważne jedynie, by poszła z nim do łóżka. Ale to nie jest cały Bram, jego zachowanie nie świadczy o nim całym. W głębi duszy, jest on osobą o wielkim sercu, pragnąca za wszelką cenę pomagać innym, biedniejszym od siebie. 





Historia ta, pokazuje, że to, jak nas inni postrzegają niezwykle trudno jest zmienić, nie mamy przecież super mocy, żeby mocą umysłu wpłynąć na myśli innych ( a szkoda). Jednak zmieniając nasze postępowanie możemy w powolny sposób przekonać innych, że "nie wolno osądzać książki po okładce".                                                                                                                                                                        Pozycję tę można czytać jako standalone, jednak jest to tom drugi serii The Pact. Nie zaszkodzi zapoznać się z tomem pierwszym, gdzie głównymi bohaterami są Stephanie - przyjaciółka Nicoli i Linden - brat Brama.  Enjoy!


piątek, 20 lutego 2015

Jay McLean - More Than Forever



tytuł oryginału: More Than Forever
wydawnictwo: CreateSpace Independent Publishing Platform
data wydania: 11 lipca 2014
liczba stron: 348
ocena: 10/10!!!!
data przeczytania: 20 luty 2015
“Because while she's so pre-occupied reading... I'm so pre-occupied reading her.” 
Kocham czytać. Długo zajęło mi odkrycie, dlaczego kocham to aż tak bardzo, że potrafię przesiedzieć cały dzień z Kindlem w dłoni i zorientować się po jakimś czasie, że moje nogi zdrętwiały i nie czuję ich. Moje dzisiejsze odkrycie wcale mnie nie zaskoczyło, na pewno nie jestem jedyną osoba na tym porąbanym świecie, która doszła do takiego wniosku. Bo moi drodzy, fikcyjny świat pozwala oderwać się od swojego życia i jeśli książka jest naprawdę dobra, można poczuć się częścią czytanej historii. I tak jest w moim przypadku. Nie wiele rzeczy i historii powoduje, że muszę się na chwilę zatrzymać. Ale dzisiaj, dosłownie przed chwilą, skończyłam czytać „More Than Forever”, tom czwarty serii Jay McLean. I myślałam że dwa poprzednie tomy były genialne, a jednak czwarty totalnie mnie pokonał. Tak ogromnych uczuć nie wyzwoliła we mnie już dawno żadna książka. Brakuje mi zupełnie słów ażeby opisać, co teraz czuję. Z jednej strony jestem cała happy, bo historia skończyła się dobrze, ale wszystkie problemy napotykane po drodze do ich szczęścia spowodowały u mnie niesłychanie ogromne pokłady smutku.

Ostatnio dużo rozmyślam o moim dzieciństwie. Odnajduję w sobie różne dziwne cechy, nie do końca pozytywne. Miałam i nadal mam ciepły dom, rodzinę, która mnie kocha mimo wszystko, a jednak czuję, jakby czegoś brakowało. Może na zewnątrz tego nie widać, ale w środku panuje totalny chaos. W mojej głowie jest wszystko i nic zarazem. Pewnie dlatego właśnie uwielbiam książki, w których bohaterowie mają przyziemne problemy, bo dzięki czytaniu w jaki sposób oni sobie radzą, mogę w jakiś sposób poradzić sobie ze swoimi demonami. Nie mówię, że moje życie jest tak samo trudne, jak np. Lucy, której matka umarła i to na jej barkach została cała rodzina. Nie, nie o to mi chodzi. Raczej o to, że dzięki nim staram się odkryć, co ze mną jest nie w porządku.
Uzewnętrzniam się, wiem… Ale tutaj akurat mogę…

„More Than Forever” to pozycja o wielkiej, sięgającej gwiazd miłości, która zaczęła się od ogromnej tragedii. Niewinne, pierwszej miłości dwojga nastolatków, którzy odkrywając siebie nawzajem, okrywają też zawiłe meandry najpiękniejszego uczucia na świecie.
“Because it's eternal, the rise and fall of the sun. It's forever. Just like us” 
I co pięknego w tej historii to dusze głównych bohaterów. Dusze tak piękne, że aż niemożliwe do istnienia. Cameron to chłopak, jakiego życzyłaby sobie każda dziewczyna, każda!, naprawdę. Ma wszystkie cechy i zadatki na perfekcyjnego chłopaka i męża. I taki jest. Po prostu perfekcyjny…
Cameron is an artist. He’s an athlete. He’s an unbelievably respectful son. Above all that, Cameron has a heart the size of the ocean.


„After the hundred times of watching this movie, the little boy turned to his mother and asked, “Why wouldn’t the genie just give more wishes?” His mom smiled down at him. “Because,” she said. „It’s selfish to want more than you already have”.”
Historia tej dwójki naznaczona jest dużymi tragediami, ale mimo wszystko będąc razem, przetrzymają wszystko. Ta historia jest tak piękna i cudowna, że trudno przejść obok niej i nie zastanowić się na chwilę nad swoim życiem. 
Czy jesteśmy tu, gdzie chcielibyśmy być? 
Czy jesteśmy otoczeni ludźmi, których kochamy  i którzy kochają nas?
 Czy robimy, to co kochamy robić? 
Czy jesteśmy szczęśliwi?
“I thought it was impossible to be able to laugh again. But he did it; he made my impossible, possible” 
„More Than Forever” i Jay McLean doprowadziły mnie do łez. I pomimo, że nienawidzę tego uczucia pustki po lekturze, to jednocześnie je kocham, bo to znaczy, że coś mnie jeszcze wzrusza, że moje serce bije, że nie jest lodowate…

There is a love so fierce it cannot be measured.   
A heart so strong it will never slow. 
There is a promise so sure it can never lie. 
And we promise that love forever. 
Forever and always.

wtorek, 18 listopada 2014

Colleen Hoover - Maybe Someday




tytuł oryginału: Maybe Someday
wydawnictwo: Atria Books
data wydania: 18 marca 2014
liczba stron: 367
ocena: 10/10
data przeczytania: 14 listopad 2014
“We try so hard to hide everything we're really feeling from those who probably need to know our true feelings the most.” 
Przyznaję, czytam dużo. Jak twierdzą niektórzy – za dużo. I myślała, że w literaturze, a konkretnie w formie powieści, nic mnie już nie zaskoczy. A jednak J
Jakiś czas temu książka „Hopeless” należąca do gatunku NA/YA, napisana przez Coolen Hoover, byłą wychwalana na wszelkich blogach książkowych i zbierała pochlebne recenzje. Osobiście, zakochałam się w twórczości autorki, uwielbiam jej język, który wcale nie jest jakiś szczególny, ale jednak coś w sobie ma, bohaterów, którzy wydają się żywi, mieszkający obok nas i zakończenie, które jest zazwyczaj oczywiste, jednakże wydarzenia do niego prowadzące, już nie zawsze.

Moje zamiłowanie do C. Hoover zmusiło mnie do sięgnięcia po „Maybe Someday”. Oczekiwałam, jak zawsze, wciągającej lektury, która pochłonie mnie na cały dzień i niestety szybko się skończy. Otóż, nie J Wprawdzie przebrnęłam przez kolejne strony bardzo szybko [nie byłam tego dnia przykładną studentką, wykłady wyglądały raczej tak, że byłam jedynie ja i mój kindle], ale coś mnie zaskoczyło i to ogromnie.
„Maybe Someday” opowiadane jest z dwóch punktów widzenia – co strasznie uwielbiam! Mamy Sydney, dziewczynę, której dotychczasowe życie legnie w gruzach i Ridge’a, mieszkającego naprzeciwko niej chłopaka, który codziennie o tej samej porze gra na gitarze na swoim balkonie. Ich losy zaczynają się splatać w momencie, gdy dziewczyna zostaje przyłapana na śpiewaniu do granej melodii i zostaje poproszona o przesłanie swojego tekstu. I tak zaczyna się ich historia.

Co ciekawe i zaskakujące po raz pierwszy, nie podejrzewałam, że główny bohater „jest taki jaki jest” J [nie chcę spolerować]. Z taką sytuacja spotkałam się już w powieści „Tall, tatted and tempting” Tammy Falkner i tak jak wtedy, teraz również uwielbiam postać głównego bohatera wraz z jego wszystkimi „niedoskonałościami”, które w rzeczywistości sprawiają, iż właściwie jest doskonały.
„This Guy Has it. He’s confident and talented. I’ve always been a sucker for musicians, but more in a fantasy way. They’re a different breed. A breed that rarely makes for good boyfriends.”
I tutaj dochodzimy do punktu numer dwa mojego uwielbienia do tej pozycji – muzyka. Nie jestem w stanie słowami wyrazić ile ona dla mnie znaczy. Właściwie jest ona w moim życiu cały czas i pomimo tego, iż nie gram na żadnym instrumencie i nie śpiewam „dobrze” – bo śpiewam cały czas, cały dzień, ale nie wiem czy „dobrze” [chociaż ostatnio dowiedziałam się od profesjonalisty, iż trafiam w dźwięki, więc może jest dla mnie jeszcze jakaś nadzieja J].  Całkowicie i kompletnie utożsamiam się z powyższym cytatem, muzycy mają coś w sobie, co do nich przyciąga i powoduje, iż tak często są czynieni obiektem fantazji wielu kobiet.
Po trzecie, moim zdaniem, Sydney jest jedną z lepszych bohaterek, z jakimi się spotkałam. Jest miła, nie dąży po trupach do celu, docenia to, co ma i to czego niestety nie może, pragnie bycia szczęśliwą i kochaną. Jest, jak większość z nas, ta dobra większość, bo są też te złe, jak Tori. Sydney pomimo tego, iż ogromnie pragnie spełnienia swoich marzeń, w momencie, kiedy wie, że swoimi pragnieniami może zniszczyć czyjeś życie – wycofuje się. Nie jest okrutna, nie chce niszczyć innych dla swojej satysfakcji.
„[…] I realize there can’t be anymore maybe someday between us. There will never be a maybe someday. He loves her and she obviously loves him, and I can’t blame them, because whatever they have is beautiful. The way they look at each other and interact and obviously care about each other is something I didn’t realize was missing between Hunter and me. Maybe someday I’ll have that, but it won’t be with Ridge, and knowing that diminishes whatever ray of hope shone through the storm of my week. Jesus, I’m so depressed. I hate Hunter. I really hate Tori. And right now, I’m so pathetically, I even hate myself.”
Oczywista oczywistość, iż to co jest głównym wątkiem tej historii to wątek miłosny rozgrywający się pomiędzy bohaterami, jednak wszelkie prowadzące do happy endu momenty zasługują na uznanie, bo są naprawdę wartościowe i pokazują wszelkie odcienie prawdziwego życia, wraz z cierpieniem z powodu złamanego serca jak i z trudem radzenia sobie ze świadomością, iż nasze życie nie będzie tak długie jakby nam się mogło wydawać, gdyż są niezależne od nas czynniki, które to utrudniają. To książka również o obietnicy, którą składa się innym ale też samemu sobie i staranie się, pomimo wszystko, dotrzymania jej.
„Don’t thank me, Sydney. You shouldn’t thank me, becouse I failed miserably AT trying not to fall In love with you.”
I po czwarte, a zarazem najważniejsze, dlaczego właśnie ta książka zagości w moich myślach na długo jest to, iż właśnie do tej pozycji stworzony został oryginalny soundtrack. I nie mam tu na myśli listy piosenek umieszczonych na ostatniej stronie, którymi często inspirują się autorzy podczas procesów twórczych. „Maybe someday” ma swój własny soundtrack stworzony przez Griffina Patersona, którego od dziś darzę ogromną sympatią. I są to piosenki, które rzeczywiście znajdują się w książce, bo są to utwory tworzone przez głównych bohaterów, ich myśli i uczucia przelane na papier. Co niezwykłe w tym przypadku, czytając kolejne rozdziały i odnajdując w tekście słowa piosenek, możemy uraczyć się również melodią i pięknym głosem wokalisty. Dzięki czemu mamy możliwość większych doznań podczas lektury, bo angażujemy nie tylko nasz wzrok, ale również słuch. I szczerze, uwielbiam całym moim [ostatnio usłyszałam określenie – lodowatym] sercem ten pomysł i mam nadzieję, iż więcej autorów wpadnie na tak iście genialny pomysł, by do książki przemycić muzykę, którą rzeczywiście możemy usłyszeć i delektować się nią. Dlatego też, tak adekwatny jest tekst C. Hoover w przedmowie:
„Maybe someday is more than Just a story. It’s more than just a book. It’s an experience…”