czwartek, 24 kwietnia 2014

Jamie McGuire - Beautiful disaster, Walking disaster



tytuł oryginału: Beautiful disaster, Walking disaster
seria/cykl wydawniczy: Beautiful #1, #2
wydawnictwo: Atria Books
data wydania: 26 maja 2011, 2 kwietnia 2013
liczba stron: 319, 433
ocena: 9/10
data przeczytania:  21, 23 marca 2014
“It's dangerous to need someone that much. You're trying to save him and he's hoping you can. You two are a disaster." I smiled at the ceiling. "It doesn't matter what or why it is. When it's good, Kara... it's beautiful.” 
Jamie McGuire powołała do życia kolejną parę, która zaprząta umysły czytelników New adult. Abby i Travis to dość wybuchowe połączenie. Ona, niby poukładana, spokojna, fanatyczka kardiganów, taka „cicha woda”, ale kiedy trzeba walczyć o swoje potrafi wykrzesać z siebie „lwicę”. On, „bad boy”, pokryty tatuażami z ogromną chęcią przyłożenia właściwie każdemu, kto się napatoczy. I zakład, który jest początkiem wszystkiego.


W zasadzie książka ta jest dosyć przewidywalna. Od samego początku wiadomo, jak ta historia się zakończy, jednak wcale nie ujmuje to przyjemności jej lektury. Bohaterowie, jak to współczesne popkulturowe postaci, zaplątani w swoim istnieniu, z powracająca przeszłością i demonami w szafie starają się odnaleźć drogę do swoich serc. Droga ta nie jest jednak prosta. Wielość zakrętów czasem może zniechęcić czytelnika, ciągłe niezrozumiałe poczynania bohaterów wprowadzają lekko frustrującą atmosferę. I tylko czeka się na moment, kiedy w końcu on/ona powie, że kocha a wtedy będą żyli długo i szczęśliwie. Z bajkami jest jednak taka sprawa, że „żyli długo i szczęśliwie” wcale nie oznacza razem.

Mam jedno zażalenie. A właściwie może to tylko moja chęć ponarzekania. „Beautiful disaster” i „Walking dis aster” powinny być sprzedawane razem. Nie mówię, że miałaby być to jedna książka, ale taki pakiet. Szczęściem moim było to, że obydwie pozycje były już na rynku od jakiegoś czasu i nie musiałam czekać ze zniecierpliwieniem na wersję Travisa – która swoją drogą jest … ugh, naprawdę, naprawdę wyśmienita. Współczuję czytelnikom, którzy tego szczęścia nie mieli. Bo żeby dogłębnie poznać historię tej dwójki, część druga jest niezbędna. Plus też tego taki, iż „Walking…” pokazuje inną perspektywę, myśli Travisa, jego motywy.  Dlatego, jeśli już zabierać się za tę lekturę, to koniecznie w pakiecie, bo zazębiają się one w taki sposób, że z jednej możemy się dowiedzieć czegoś, czego w tej drugiej nie było. Dodatkowo w „Walking…” mamy epilog – „11 lat później”. Nie przepadam za tego typu zakończeniami, ale to było naprawdę intrygujące, zamykające historię Abby i Travisa.

Gdzieś spotkałam się z porównaniem Travisa Madoxa do Christiana Grey’a. Hmmm… może i coś w tym jest. Chęć kontroli, „makeup sex”,… Ale nie wychodziłabym aż tak daleko. Nie da się ukryć, iż współczesny bohater literacki to zazwyczaj ktoś, kogo dopada przeszłość, ma wiele problemów ze swoim ja i spotyka „ją”, której celem życiowym jest zmiana go na lepsze. Już po raz któryś z kolei twierdzę, iż my – kobiety - potrzebujemy kogoś, kogo możemy naprawić, kto zmieni się pod naszym wpływem, wyłącznie dla nas. Dlaczego? To pytanie raczej do psychologów. Nie znam dokładnej odpowiedzi, być może spowodowane jest to tym, iż chcemy mieć jakieś znaczenie, być potrzebną, zmienić. Kluczowe słowo – zmienić. Nie zawsze na lepsze.
Ale książkowe historie zazwyczaj kończą się dobrze. Bohaterowie mają swoje szczęśliwe zakończenie. Tak też jest i w tym przypadku.

Polecam, bo nie jest to tandetna historia dla nastolatek, bez żadnego przesłania. Ta historia ma swój morał, trzeba go jedynie wyczytać z kart książki. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz