wtorek, 18 listopada 2014

Colleen Hoover - Maybe Someday




tytuł oryginału: Maybe Someday
wydawnictwo: Atria Books
data wydania: 18 marca 2014
liczba stron: 367
ocena: 10/10
data przeczytania: 14 listopad 2014
“We try so hard to hide everything we're really feeling from those who probably need to know our true feelings the most.” 
Przyznaję, czytam dużo. Jak twierdzą niektórzy – za dużo. I myślała, że w literaturze, a konkretnie w formie powieści, nic mnie już nie zaskoczy. A jednak J
Jakiś czas temu książka „Hopeless” należąca do gatunku NA/YA, napisana przez Coolen Hoover, byłą wychwalana na wszelkich blogach książkowych i zbierała pochlebne recenzje. Osobiście, zakochałam się w twórczości autorki, uwielbiam jej język, który wcale nie jest jakiś szczególny, ale jednak coś w sobie ma, bohaterów, którzy wydają się żywi, mieszkający obok nas i zakończenie, które jest zazwyczaj oczywiste, jednakże wydarzenia do niego prowadzące, już nie zawsze.

Moje zamiłowanie do C. Hoover zmusiło mnie do sięgnięcia po „Maybe Someday”. Oczekiwałam, jak zawsze, wciągającej lektury, która pochłonie mnie na cały dzień i niestety szybko się skończy. Otóż, nie J Wprawdzie przebrnęłam przez kolejne strony bardzo szybko [nie byłam tego dnia przykładną studentką, wykłady wyglądały raczej tak, że byłam jedynie ja i mój kindle], ale coś mnie zaskoczyło i to ogromnie.
„Maybe Someday” opowiadane jest z dwóch punktów widzenia – co strasznie uwielbiam! Mamy Sydney, dziewczynę, której dotychczasowe życie legnie w gruzach i Ridge’a, mieszkającego naprzeciwko niej chłopaka, który codziennie o tej samej porze gra na gitarze na swoim balkonie. Ich losy zaczynają się splatać w momencie, gdy dziewczyna zostaje przyłapana na śpiewaniu do granej melodii i zostaje poproszona o przesłanie swojego tekstu. I tak zaczyna się ich historia.

Co ciekawe i zaskakujące po raz pierwszy, nie podejrzewałam, że główny bohater „jest taki jaki jest” J [nie chcę spolerować]. Z taką sytuacja spotkałam się już w powieści „Tall, tatted and tempting” Tammy Falkner i tak jak wtedy, teraz również uwielbiam postać głównego bohatera wraz z jego wszystkimi „niedoskonałościami”, które w rzeczywistości sprawiają, iż właściwie jest doskonały.
„This Guy Has it. He’s confident and talented. I’ve always been a sucker for musicians, but more in a fantasy way. They’re a different breed. A breed that rarely makes for good boyfriends.”
I tutaj dochodzimy do punktu numer dwa mojego uwielbienia do tej pozycji – muzyka. Nie jestem w stanie słowami wyrazić ile ona dla mnie znaczy. Właściwie jest ona w moim życiu cały czas i pomimo tego, iż nie gram na żadnym instrumencie i nie śpiewam „dobrze” – bo śpiewam cały czas, cały dzień, ale nie wiem czy „dobrze” [chociaż ostatnio dowiedziałam się od profesjonalisty, iż trafiam w dźwięki, więc może jest dla mnie jeszcze jakaś nadzieja J].  Całkowicie i kompletnie utożsamiam się z powyższym cytatem, muzycy mają coś w sobie, co do nich przyciąga i powoduje, iż tak często są czynieni obiektem fantazji wielu kobiet.
Po trzecie, moim zdaniem, Sydney jest jedną z lepszych bohaterek, z jakimi się spotkałam. Jest miła, nie dąży po trupach do celu, docenia to, co ma i to czego niestety nie może, pragnie bycia szczęśliwą i kochaną. Jest, jak większość z nas, ta dobra większość, bo są też te złe, jak Tori. Sydney pomimo tego, iż ogromnie pragnie spełnienia swoich marzeń, w momencie, kiedy wie, że swoimi pragnieniami może zniszczyć czyjeś życie – wycofuje się. Nie jest okrutna, nie chce niszczyć innych dla swojej satysfakcji.
„[…] I realize there can’t be anymore maybe someday between us. There will never be a maybe someday. He loves her and she obviously loves him, and I can’t blame them, because whatever they have is beautiful. The way they look at each other and interact and obviously care about each other is something I didn’t realize was missing between Hunter and me. Maybe someday I’ll have that, but it won’t be with Ridge, and knowing that diminishes whatever ray of hope shone through the storm of my week. Jesus, I’m so depressed. I hate Hunter. I really hate Tori. And right now, I’m so pathetically, I even hate myself.”
Oczywista oczywistość, iż to co jest głównym wątkiem tej historii to wątek miłosny rozgrywający się pomiędzy bohaterami, jednak wszelkie prowadzące do happy endu momenty zasługują na uznanie, bo są naprawdę wartościowe i pokazują wszelkie odcienie prawdziwego życia, wraz z cierpieniem z powodu złamanego serca jak i z trudem radzenia sobie ze świadomością, iż nasze życie nie będzie tak długie jakby nam się mogło wydawać, gdyż są niezależne od nas czynniki, które to utrudniają. To książka również o obietnicy, którą składa się innym ale też samemu sobie i staranie się, pomimo wszystko, dotrzymania jej.
„Don’t thank me, Sydney. You shouldn’t thank me, becouse I failed miserably AT trying not to fall In love with you.”
I po czwarte, a zarazem najważniejsze, dlaczego właśnie ta książka zagości w moich myślach na długo jest to, iż właśnie do tej pozycji stworzony został oryginalny soundtrack. I nie mam tu na myśli listy piosenek umieszczonych na ostatniej stronie, którymi często inspirują się autorzy podczas procesów twórczych. „Maybe someday” ma swój własny soundtrack stworzony przez Griffina Patersona, którego od dziś darzę ogromną sympatią. I są to piosenki, które rzeczywiście znajdują się w książce, bo są to utwory tworzone przez głównych bohaterów, ich myśli i uczucia przelane na papier. Co niezwykłe w tym przypadku, czytając kolejne rozdziały i odnajdując w tekście słowa piosenek, możemy uraczyć się również melodią i pięknym głosem wokalisty. Dzięki czemu mamy możliwość większych doznań podczas lektury, bo angażujemy nie tylko nasz wzrok, ale również słuch. I szczerze, uwielbiam całym moim [ostatnio usłyszałam określenie – lodowatym] sercem ten pomysł i mam nadzieję, iż więcej autorów wpadnie na tak iście genialny pomysł, by do książki przemycić muzykę, którą rzeczywiście możemy usłyszeć i delektować się nią. Dlatego też, tak adekwatny jest tekst C. Hoover w przedmowie:
„Maybe someday is more than Just a story. It’s more than just a book. It’s an experience…”

poniedziałek, 17 listopada 2014

Penelope Ward - Stepbrother Dearest




tytuł oryginału: Stepbrother Dearest
wydawnictwo: CreateSpace Independent Publishing Platform
data wydania: 23 września 2014
liczba stron: 230
ocena: 8/10
data przeczytania: 12 listopad 2014
“I want to be the first one to show you everything and to be the one you’ll always remember for the rest of your life.” 
Powieści NA lub też YA, zalewają aktualnie rynek literacki. I właściwie jest to uzasadnione, gdyż takie właśnie jest zapotrzebowanie rynku, czytelnicy chcą romantycznych historii z nieziemskim wątkiem erotycznym, grzeczną dziewczyną i[najczęściej] wytatuowanym chłopakiem. Motyw stale się powtarza. Znają się już w dzieciństwie, bądź też poznają na studiach, wybucha jak wulkan wielka miłość, jednak żadne z nich się do tego otwarcie nie przyzna. Tutaj następuję czas trudny dla bohaterów, muszą walczyć ze swoimi myślami i pragnieniami, ale w końcu dochodzą do wniosku, że żadne przeciwności losu nie są w stanie pokonać ich uczucia. I jest happy end. Ten opis nie zachęca do sięgnięcia do sięgnięcia po tego typu książki. Ale pomimo tego, iż motyw stale się powtarza, czasem może nas coś zaskoczyć. Zdarzają się historie, które pomimo czytania wielu pozycji, na jakiś czas zapadają w pamięci i z przyjemnością się do nich wraca. I tutaj właśnie trafiamy na powieść Penelope Ward – Stepbrother Dearest. 
Czytałam już dużo YA, ale brata przyrodniego jeszcze nie miałam przyjemności spotkać. I muszę wam powiedzieć, że ten pierwszy raz był bardzo przyjemny. Ta pozycja ma to co uwielbiam w książkach – kąśliwy język; dużo problemów, z którymi muszą radzić sobie bohaterowie, dzięki czemu nie są nudni; bohaterów, z którymi można się w jakiś sposób utożsamić; głównego bohatera, który aż prosi się o wyjęcie go z książki i zamieszkanie razem z nami. To pozycje lekkie, przyjemne, które pochłania się w mgnieniu oka [zazwyczaj zajmują mi jeden dzień], bohaterowie są prawdziwi, są ludźmi, którzy mogą żyć obok nas. Jedynym problemem jest to, iż ich nie dostrzegamy.
“Greta…fate gave you an opportunity. Don’t fuck it up,” 
Greta dostrzegała swojego nieznośnego, aczkolwiek strasznie pociągającego przyrodniego brata. Sprawiło to, iż chłopak zamknięty w sobie zaczął „czuć”, odczuwać emocje, których wcześniej nie znał. I wtedy, gdy emocje sięgnęły zenitu, przekroczyli granicę. Nie widzieli się siedem lat, starali się żyć, jednak czegoś brakowało. Kiedy w końcu się spotkali, ukryte emocje powróciły ze zdwoją siłą i z każdym spojrzeniem, coraz trudniej było nad nimi zapanować. I wtedy przyszedł czas na wybór.


“You’re the only girl in the entire world that’s forbidden, and fuck me if that doesn’t make me want you more than anything.” 
Oczywiści historia ta kończy się jak najbardziej pozytywnie. Bohaterowie odjeżdżają razem w stronę zachodzącego słońca z uśmiechem na twarzach i wszyscy, no może większość, jest szczęśliwa. Bo takie właśnie są te książki, pokazują, iż pomimo trudności, nasze szczęście zawsze nas odnajdzie. 

piątek, 10 października 2014

Sylvain Reynard - Pokuta Gabriela



tytuł oryginału: Gabriel’s Redemption
seria/cykl wydawniczy:  Gabriel’s Inferno
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 24 września 2014
liczba stron: 560
ocena: 6/10
data przeczytania: 4 październik 2014
“We can't change out pasts. All we can change is the future.”
Jest taki zespół, coraz bardziej znany (niestety), który wylansował niesamowitą piosenkę. Mowa o Awolnation i ich utworze"Sail" . Ale dlaczego przy okazji recenzji książki zaczynam od piosenki? Otóż właśnie dzięki pierwszemu tomowi serii Sylvain Reynard miałam okazję zapoznać się z tym utworem, kiedy jakaś osoba umieściła fanowski trailer do „Piekła Gabriela”. I jest to przykład tego, iż czytanie książek daje nie tylko nową wiedzę, przyjemność czytania, miłe i efektywne spędzanie czasu, ale także pozwala poznać utwory z innej dziedziny niż literatura.

Wzięłam w ręce nowy tom i z ogromnym podnieceniem rozpoczęłam lekturę spodziewając się podobnego, jak nie lepszego, poziomu, które prezentowały tomy poprzednie. Kilka stron minęło i moje podniecenie zmalało. „Coś tu jest nie tak” – mówiłam do siebie (tak! zdarza mi się), nie bierze mnie ta książka, ale ok., może dalej będzie lepiej. No i czytałam dalej, przewracając dalej kartki szukałam czegoś, co mnie poruszy, bo strasznie wierzyłam w tę książkę i czekałam na jej premierę.

Po kilkunastu rozdziałach nasuwał mi się jeden wniosek: tym razem napisy na okładce nie kłamią – jest to erotyk. I to dosyć lichy.   Szczerze? Jestem trochę zawiedziona. Historia mogła zakończyć się na „Ekstazie…” i byłoby ok, a tak czuję pewien niedosyt, brakuje mi czegoś w całej trzeciej części. Jest taka jakaś nijaka. Właściwie chodzi tylko o to, czy Emersonowie są gotowi powiększyć swoją rodzinę. Najpierw Gabriel chce, ale Julia nie, później Gabriel ma wątpliwości lecz Julia go przekonuje, jednak chce poczekać do końca studiów. I w końcu bum! Szokująca niespodzianka?! Trochę ten motyw oklepany, gdzieś się już z tym spotkałam, stąd też moje zaskoczenie było naprawdę znikome. Dodając do tego melodramatyczne zakończenie... hmm…

Sama nie wiem, niby chciałam przeczytać, żeby wiedzieć, jak to się zakończy, ale teraz, po lekturze, wolałabym nigdy jej nie zaczynać. Moje odczucia są dosyć niekonkretne, stąd też tak chaotyczna wypowiedź. Bo niby wszystko było: on, ona, wielka miłość, jak na erotyk przystało – śmiałych scen seksu również nie zabrało. Ale brakuje jakieś iskierki, która sprawiłaby, żeby czytelnicy po przeczytaniu stanęli w płomieniach.  

Co nie zawodzi, to język autorki. Jak w poprzednich tomach barwnie opisuje nie tylko rzeczywistość, ale też dzieła Dantego, cudowne miasta i muzea. Jak dla mnie trochę za dużo odnośników religijnych, ale rozumiem to, gdyż wynikało to z przekonań głównych bohaterów. Ale było też kilka momentów godnych komika, przykładowo scena, w której dzieci uważają Gabriela za Supermena J



Podsumowując, nie do końca rozumiem zachwyt wielu czytelników na Goodreads czy Lubimy czytać, bo tak serio, ta książka jest nijaka (przepraszam wszystkich fanatycznych wielbicieli). I na razie nie znajduję jakichś wyszukanych słów, by ją opisać. 
Niemniej zachęcam do lektury, by wyrobić sobie własną opinię.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

 

sobota, 20 września 2014

Jodie Picolut - Dziewiętnaście minut




tytuł oryginału: Nineteen Minutes
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 27 stycznia 2009
liczba stron: 672
ocena: 7/10
data przeczytania:  2o września 2014
“In nineteen minutes, you can stop the world; or you can just jump off it.” 

Są książki o miłości, o związkach, o przyjaźni, książki fantastyczne, thrillery, horrory, książki nic nie znaczące, nic nie wnoszące. I jest też „Dziewiętnaście minut” Jodie Picoult, które nie traktuje o niczym i jest książką o czymś. Pokazuje, iż 19 minut może zmienić życie tysiąca ludzi. Zmienić je na zawsze.

Liceum to dzicz. A w dziczy tej mieszkają łagodne stworzenia, nie narzucające się nikomu oraz drapieżniki, które z tych pierwszych tworzą ofiary. Nie jest łatwo przetrwać, jeśli nie jesteś jednym z dzieciaków z elity. Kujony, dzieciaki z marginesu, odróżniające się wyglądem i zachowaniem od większości stają się łatwą zwierzyną. A drapieżnicy zaczynają polować. Polowanie to, właściwie nigdy się nie kończy… Ale czasem ofiary wychodzą ze swojej roli i przejmują rolę innych – same stają się drapieżnikami.

Peter to uczeń Sterling High – ofiara. Przez całe życie szykanowany, popychany i ośmieszany na oczach całej szkoły. Aż w końcu nadchodzi dzień, kiedy Peter ma dość. Wstaje rano, zamiast książek do plecaka wkłada cztery sztuki broni i wychodzi do szkoły w jednym celu – by w końcu wszystko to zatrzymać.

Coś to wam przypomina? Mnie od razu na myśl narzuca się masakra w Columbine High School, gdzie dwóch uczniów zabiło 13 osób i zraniło 24. Powstało wiele filmów i książek opisujących podobne wydarzenia. 19 minut czerpie motywy z tej masakry, jednak bardziej skupia się na tym, dlaczego do niej doszło i w jaki sposób sobie z nią poradzić. Bo wręcz przeciwnie – jak w większości tego typu wydarzeń – sprawca nie popełnia samobójstwa, zostaje zatrzymany i osadzony w więzieniu, gdzie czeka na proces. Właściwie nie ma możliwości, iż zostanie on uniewinniony – jest zbyt dużo świadków, a poza tym sam Peter nie wypiera się tej zbrodni.
[…]” –Chce pan wiedzieć, czy zamierzałem uczynić  z tej broni użytek? Owszem. Zamierzałem. Opracowałem drobiazgowy scenariusz. Obmyśliłem każdy najmniejszy szczegół, aż do ostatniej sekundy. Zaplanowałem to wszystko, żeby zabić jedną jedyną osobę, której nienawidzę najbardziej. Ale mój plan nie wypalił.
-A tych dziesięcioro uczniów…
-Po prostu wleźli mi w drogę – wtrącił Peter. 
-Kogo więc tak bardzo chciałeś uśmiercić?
[…]
-Siebie – wyznał. „

Większość stron tej powieści to przygotowania do procesu sądowego i wspomnienia, które pomagają czytelnikowi uzmysłowić sobie, dlaczego Peter strzelił. Ale główną rolę gra jeszcze jedna osoba. Josie Cormier, córka sędzi, która ma przewodniczyć sprawie i która została znaleziona razem ze swoim nieżyjących chłopakiem w miejscu, w którym aresztowano Petera. Jak sama twierdzi, Josie nie ma żadnych wspomnień z tego dnia. Czy aby jednak na pewno?
Flashabcki pokazują życie tej dwójki, kiedy jako przedszkolaki przyjaźnili się i spędzali swój wolny czas jedynie ze sobą, aż do dnia, w którym Josie dołączyła do elity, a Peter odszedł na boczny tor.

Ta powieść to niezwykłe pomieszanie z poplątaniem – opis dni, kilka lat przed feralnym wydarzeniem, za chwilę opis 3 miesiące „po”, żeby znowu w następnym rozdziale powrócić w przeszłość. Trochę nużące, ale ma to swój cel, gdyż pod koniec książki mamy już pełny obraz wydarzeń tego dnia, wiemy, co do niego doprowadziło i dlaczego nie żyją te osoby, które nie żyją. Samo zakończenie właściwie nie zaskakuje, od samego początku można się było tego spodziewać.

„Wpatrzyła się w Petera i nagle uświadomiła sobie, że przez jeden krótki moment, gdy zatraciła jasność myślenia, poczuła to, co musiał czuć Peter, wędrując po korytarzach Sterling High z plecakiem wyładowanym bronią. Każdy dzieciak w szkole odgrywał jakąś rolę: aroganckiego sportowca, podziwianej piękności, mózgowca lub frajera. Petr zrobił to, o czym sekretnie marzyli wszyscy inni: był, choćby tylko przez dziewiętnaście minut, kimś, kto nie pozwolił się osądzać.”

I zastanawia mnie tylko jedno: jak ogromna niemoc może doprowadzić nas do miejsca, w którym zapragniemy odebrać komuś życie?

„Kochałam Matta. A jednocześnie go nienawidziłam. I nienawidziłam siebie za to, że go kocham. I za to, że gdybym go zostawiła, utraciłabym poczucie tożsamości.”

sobota, 2 sierpnia 2014

Tammy Falkner - Tall, Tatted and Tempting



tytuł oryginału: Tall, Tatted and Tempting
seria/cykl wydawniczy: The Reed brothers #1
wydawnictwo: Night Shift Publishing
data wydania: 17 czerwca 2013
liczba stron: 233
ocena: 6/10
data przeczytania:  2 sierpnia 2014
„I want you to trust me. And you don’t. Not yet. But you might one day.”

Dziewczyna? Jest.
Chłopak? Jest.
Wątek romantyczny? Jest.
Dodając do tego równania tatuaże i ich magiczną moc, dzięki której przekazują nasze myśli i uczucia. Ok., to w sam raz książka dla mnie.


Logan Reed nie słyszy od 13-tego roku życia, co zupełnie nie utrudnia mu funkcjonowania w codziennym świecie i uczestniczenia w pełni w przyjemnościach, jakie oferuje.  Przystojny, mądry, tatuażysta pokryty tuszem.

Kit, dziewczyna, o której nie wiele wiadomo. Bezdomna, jednak  posiadająca swój dom. Wyrzekająca się dotychczasowego życia,  uciekająca przed tym, czego pragną dla niej inni.

Kit chce umieścić na swoim ciele tatuaż, bardzo osobisty tatuaż. Jednak do faktycznego tatuowania nie dochodzi, gdyż na jej drodze staje Logan, który ma wykonać to dzieło, ale zamiast tego jego zgrabne palce przysparzają mu sierpowego w twarz. I wiadomo, że dalej losy tej dwójki będą się przeplatać, bo on nie może zapomnieć o niej, a ona – o nim. W końcu Kit pomieszkuje u braci i staje się dziewczyną Logana. Pomagają sobie nawzajem. On, po raz pierwszy od ośmiu lat zaczyna mówić, a ona – otwiera się, powoli, ale jednak. Zmieniają nawzajem swoje życia, które już nigdy nie będą takie same.

Historia ta, pokazuje, że pomimo wszelkim kłodom rzuconym pod nogi, da się jakoś przetrwać. Że na naszej drodze, praktycznie każdego dnia, możemy spotkać osobę, która zmieni nasze życie. Może to być nowa znajoma, przyjaciółka czy też nasza bratnia dusza, z którą spędzimy resztę życia. Ale może być to też zła osoba – takich nikomu nie życzymy. Jednak mimo wszystko, koniec końców jest ok.

Przynajmniej w książkach…

Ostatnio nie mam czasu czytać ( serio, ubolewam nad tym straszniście,  ale bycie dorosłym niesie ze sobą pewne konsekwencje), i to była jedna z niewielu książek, która wpadła w moje ręce (właściwie, w mojego Kindla). I czytało mi się naprawdę przyjemnie, ale ta historia pomimo swojego piękna wydaje się całkowicie nieprawdopodobna. To jak bajka, w której bogatej dziewczynce, która nie chce taka być, pomimo kilku trudności, wszystko w życiu układa się po jej myśli. A życie to nie bajka, nie zawsze ma happy end. Może tracę moją niezachwianą do niedawną wiarę w ludzkość, ale powoli przestaję wierzyć, że wszystko się jakoś ułoży, że będzie dobrze. Te slogany przestają mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Właściwie, nie znaczą nic.




Czy szczęśliwe zakończenie można gdzieś kupić?
...








czwartek, 29 maja 2014

Kiedy sesja puka do drzwi...


Kto był (lub jest) studentem wie, że kiedy kończy się maj i zaczyna czerwiec, zaczyna się również czas zwiększonej aktywności intelektualnej, który powoduje zmniejszenie ilości czasu wolnego do kilku minut na złapanie oddechu. O czytaniu czegokolwiek, oprócz podręczników i notatek, nie ma nawet mowy. I przez te kilka tygodni mój ksiażkoholikowy duch cierpi ogromne katusze, bo chcę, ale nie mogę. Sięgając po jakąkolwiek pozycję, oprócz tych, które jestem zmuszona przeczytać, naraziłabym się na "stratę" kilku godzin, które mogę poświęcić na dalszy rozwój :) Bo proszę państwa, studia pedagogiczne polegają na tym, że całe pół roku można balować, poza kilkukrotnym napisaniem projektów, żeby pod koniec semestru siedzieć 24h na dobę nad książkami i "wkuwać" to, czego wymagają od nas wykładowcy. Sama sesja w sobie nie jest taka straszna, bo przez 4 lata studiów moja sesja ograniczała się do co najwyżej 2 egzaminów na raz, ale końcowe zaliczenia przedmiotów są pogromem. Niektórzy wykładowcy traktują swoje przedmioty, jakby były one najważniejsze ze wszystkich Tylko jeśli wszyscy tak uważają, to który w końcu jest najważniejszy? Wydawać by się mogło, że przedmioty kierunkowe, które najbardziej przydadzą się do wykonywania przyszłego zawodu, szumnie nazwanego terapią. No ale, wykładowca wykładowcy nie równy i tym sposobem nawet przedmiot kończący się "zalką" wymusza poświęcenie większej ilości czasu, który można by spożytkować o wiele przyjemniej. I właśnie tym sposobem, w mojej biblioteczce zaległy pozycje, które czekają na swój moment, a są to książki z kategorii "must read" jak dla mnie.





Na pierwszy posesyjny ogień, książka, której nie trzeba przedstawiać, bo mówi sama za siebie. "Gra o tron", którą zaczęłam i nie mogę skończyć i nie dlatego, że nie jest wciągająca, a z braku czasu, bo jest to pozycja, jak najbardziej w moim guście. 







Na swój czas czekają również ( wymienieni w przypadkowej kolejności, a nie w kolejności czytania ;))

Alexandra Bracken - Mroczne umysły 
Najbardziej niepokojąca książka od czasów „Igrzysk śmierci”!  - taka reklama opisuje tę książkę na Lubimyczytac.pl Fanką ogromną "Igrzysk..." nie jestem, ale klimaty utopijne i dystopijne to jak najbardziej moja bajka. 

Mam na imię Ruby.
Potrafię wedrzeć się do twojego umysłu, a nawet wymazać wspomnienia. Jako dziecko zostałam wysłana do obozu „rehabilitacyjnego” dla takich jak ja. Zieloni, Niebiescy, Żółci, Pomarańczowi, Czerwoni. Mroczne umysły. Zostałam przydzielona do Zielonych, ale w rzeczywistości jestem ostatnią z Pomarańczowych. Ukrywam to, żeby przetrwać.

Colleen Hoover - Hopless
Pozycja z kategorii New Adult - nowo powstałego gatunku, który cieszy się rosnącą popularnością. 

Czasem odkrycie prawdy może odebrać nadzieję szybciej niż wiara w kłamstwa.
To właśnie uświadamia sobie siedemnastoletnia Sky, kiedy spotyka Deana Holdera. Chłopak dorównuje jej złą reputacją i wzbudza w niej emocje, jakich wcześniej nie znała. [...] Gdy Sky poznaje Deana bliżej, odkrywa, że nie jest on tym, za kogo go uważała, i że zna ją lepiej, niż ona sama siebie. Od tego momentu życie Sky bezpowrotnie się zmienia.



Marie Lu - Legenda. Patriota
Trzeci tom trylogii "Legenda" i dalsze losy June i Day'a. Wciągająca seria, warta uwagi.

Na początku, June i Day wiele poświęcili dla Republiki, a teraz stoją na progu nowej egzystencji – kraju pokoju, z nadzieją na zjednoczenie Kolonii. Oboje powrócili do łask Republiki: June pracuje wśród najwyższych kręgów rządu, a Day’owi zostało przydzielone wysokie stanowisko wojskowe. Ale właśnie wtedy, gdy pokój już jest bardzo blisko, wybuch plagi wzbudza panikę w Koloniach. Wojna znowu zagraża granicom Republiki. Ta nowa odmiana plagi jest bardziej śmiertelna niż kiedykolwiek, a June szybko odkrywa, że jedyny sposób na ocalenie Republiki, może kosztować Day’a wszystko, co ma.

Veronica Roth - Wierna
Tom trzeci serii "Niezgodna", której tom pierwszy całkiem niedawno miał swoją kinową premierę (nawiasem mówiąc, dosyć dobra ekranizacja). "Wierna" to zakończenie serii i historii Tris i Tobiasa. 

Społeczeństwo frakcyjne, w które Tris tak wierzyła, legło w gruzach – podzielone walką o władzę, naznaczone śmiercią i zdradą. Jednego tyrana zastąpił drugi. Miastem rządzą niepodzielnie bezfrakcyjni. Tris wie, że czas uciekać. Lecz jaki świat rozciąga się poza znanymi jej granicami? Może za murem będzie mogła zacząć z Tobiasem wszystko od nowa, bez trudnych kłamstw, podwójnej lojalności, bolesnych wspomnień? A może poza miastem nie ma żadnego świata…


Mark Helprin - Zimowa opowieść
Szumnie ostatnio reklamowana pozycja, która zachęca mnie miejscem akcji, wątkiem romantycznym i nieziemską okładką. 
"Jedna z najwspanialszych opowieści w literaturze amerykańskiej." - czyż to nie zachęca do zakupu?

Pewnej mroźnej nocy młody Peter Lake próbuje okraść rezydencję na Manhattanie. Niespodziewanie zastaje w domu córkę właścicieli, umierającą na gruźlicę Beverly Penn. Tak zaczyna się miłość, która odmieni jego los.



Jessica Sorensen - Breking Nova
Mam już za sobą kilka pozycji tej autorki, dlatego też z chęcią sięgnę po kolejną. Kolejna książka z gatunku NA. Niestety, bądź też stety nie została jeszcze przełożona na język polski, ale na popularnym gryzoniu można znaleźć przetłumaczonych kilka pierwszych rozdziałów. 

Nova Reed used to have dreams-of becoming a famous drummer, of marrying her true love. But all of that was taken away in an instant. Now she's getting by as best she can, though sometimes that means doing things the old Nova would never do. Things that are slowly eating away at her spirit. Every day blends into the next . . . until she meets Quinton Carter. His intense, honey brown eyes instantly draw her in, and he looks just about as broken as she feels inside.


Huntley Fitzpatrick - My life next door
Ta książką, jakiś czas temu, mignęła mi gdzieś na Goodreads twierdząc, iż jest w moim guście. Dlatego też trafiła na listę do przeczytania i jak na razie nadal na niej przebywa. Jej czas, jeszcze nie nadszedł.

The Garretts are everything the Reeds are not. Loud, messy, affectionate. And every day from her rooftop perch, Samantha Reed wishes she was one of them . . . until one summer evening, Jase Garrett climbs up next to her and changes everything. A transporting debut about family, friendship, first romance, and how to be true to one person you love without betraying another


Powyższe pozycje to te, które są, jak na razie, na czele listy do przeczytania. Lista ta cały czas się powiększa, bo moje książkoholiczne zapędy nie mają granic. Może nie jest to  literatura wysokich lotów, może i nie jest to lista bestsellerów, ale taki jest właśnie mój wybór, bo to jest to, co sprawia mi przyjemność, a przecież o tym w czytaniu chodzi. 

czwartek, 8 maja 2014

Jodie Ellen Malpas - Ten mężczyzna





tytuł oryginału: This Men
seria/cykl wydawniczy: Ten mężczyzna #1
wydawnictwo: Amber
data wydania: 18 marca 2013
liczba stron: 288
ocena: 5/10 
data przeczytania:  8 maja 2014
“I’m going to get lost in you.” 
 Sięgnęłam po tę książkę tylko z jednego powodu: idealnie pasuje ona do klucznikowego wyzwania  – wydawnictwo na literę A . Może nie jest to dobry powód, ale zawsze w jakimś nikłym stopniu podbija słabe noty czytelnictwa w Polsce. Tak więc, pomimo, że sesja stoi tuż tuż za drzwiami i zaczyna cichutko stukać, żądając żeby ją wpuścić, robiąc sobie jeszcze jeden wieczór wolnego otworzyłam tę niewielkich rozmiarów księgę. Niewielkich, a to dlatego, że wydawnictwo Amber postanowiło ok. 400 stronnicową książkę podzielić na dwie części. Ja się pytam dlaczego? Po co przerywać czytanie w połowie? Ano wniosek nasuwa się jeden – mianowicie chodzi o zyski. Logiczne, że po przeczytaniu połowy, chce się przeczytać ciąg dalszy i dlatego trzeba kupić tom drugi.

  


W ogóle polskie przekłady co raz bardziej mnie zaskakują i zawodzą. No bo dlaczego, kiedy otworzyłam wersję oryginalną „This Men” i szukałam miejsca, w którym kończy się akcja wersji polskiej, moim oczom ukazało się wiele momentów, nie umieszczonych w „Ten mężczyzna”. Wystarczającym błędem było podzielenie jej na dwa tomy, ale żeby jeszcze pominąć niektóre sytuacje, kawałki rozmów!? Helloo! Coś tu jest nie tak. Także oświadczam z czystym sumieniem, że oryginał to jednak oryginał. Przekłady, czy to polskie, czy też inne, nigdy nie oddadzą pierwowzoru w 100%.  I dlatego mój Kindle jest zapełniony książkami w oryginale. Nie dość, że jest to dobry sposób na poszerzenie słownictwa, to dodatkowo pozbawiam się chęci mordu tłumaczy.

Przechodząc do treści. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to już było. Właściwie, aktualnie w literaturze romantycznych erotyków trudno zaskoczyć. Trochę w tym Grey’a, trochę Crossa, taki misz masz wszystkich książek i powstaje twór właściwie średnio ciekawy, z powielonym na kilkanaście sposobów schematem. Bo jest ona – młoda, robiąca oszałamiająca karierę, zraniona, z wyszczekaną buzią. I jest też on – totalny despota przejawiający zachowania obsesyjne z manią kontroli, miliarder. No i jest też to co najważniejsze w tego typu książkach – pożądanie, którym można by zasilić małej wielkości miasteczko.
Nie powiem, że czasami nie było przyjemnie. Słowne przekomarzania bohaterów śmieszą i aż się prosi o więcej. Niezdecydowanie Avy i ciągła walka w jej głowie – ok. Jedyne, co mnie interesuje i dlaczego sięgnę po dalsze strony (ale oczywiście w wersji oryginalnej) to wiek pana Warda. Ciekawe, kiedy skończy on wyliczać kolejne liczby i przyzna się.
[…]- Ile masz lat, Jesse?

- Dwadzieścia siedem - odpowiada obojętnie. Wzdycham.
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, ile masz lat?
- Mogłabyś pomyśleć, że jestem dla ciebie za stary i uciec.
- Myślisz, że jesteś dla mnie za stary? - Biorąc pod uwagę to, co się pomiędzy nami wydarzyło, zgaduję, że nie, lecz kwestia ta urasta do takiej rangi, że warto o to zapytać.
-  Nie.  -  Nie  odrywa  wzroku  od  drogi.  -  Mój  największy problem to twój problem.[…]

Oh i nie da się zauważyć jeszcze jednego porównania:
„Rozpadam się na kawałki.”

„Czuję, że zaraz rozpadnę się na milion kawałeczków.”
Come on!! Ile można?! Czy w całym języku polskim, angielskim zresztą też, istnieje tylko jedno określenie, które powiela się jak produkty na taśmociągu?! Oficjalnie mam dość wewnętrznych bogini i ciągłego rozpadu na kawałki. Uraczcie mnie czymś innym moi mili, wierzę w waszą moc i wasz talent. 



niedziela, 27 kwietnia 2014

Jessica Sorensen - The Coincidence #1, #2



tytuł oryginału: The Coincidence of Callie & Kayden, The Redemption of Callie & Kayden
seria/cykl wydawniczy: The Coincidence #1, #2
wydawnictwo: Grand Central Publishing
data wydania: 13 grudnia 2012, 30 lipca 2013
liczba stron: 283, 404
ocena: 8/10
data przeczytania:  25 kwietnia 2014
 “In the existence of our lives, there is a single coincidence that brings us together and for a moment, our hearts beat as one.” 
Z pewnością kwiecień mogę zaliczyć do miesiąca pod znakiem New Adult. A to dlatego, że właśnie ten rodzaj powieści zaprząta moje poczynania od jakichś pięciu dni. I właściwie większość tych książek jest taka sama: on, ona, przeszłość odciskająca swoje piętno na przyszłości, przyjaźń, miłość, rozstania, powroty, szczęśliwe zakończenie. Ten schemat można dopasować do większości książek New Adult/Young Adult, czy jak kto woli to nazwać. 
Nie zaprzeczam, że jest to przyjemna lektura, ale tak właściwie nie wnosi nic nowego w życie. Zawsze znajdzie się kilka wybornych cytatów wartych zapamiętania. Często też, książki te mają jakiś swój morał, zazwyczaj jest to pogodzenie się z przeszłością i przysłowiowe „let go”. Ale to czego nie można zarzucić tego rodzaju książkom to całkiem dobra historia miłosna, romans, który kwitnie raz lepiej a raz gorzej, ale jest pożądany przez większość czytelniczek – bo to raczej do dziewcząt skierowana literatura. YA to współczesne historie, z prawdziwymi problemami, które dotknąć mogą właściwie każdego, dlatego też wydają się realne, możliwe do zdarzenia się naprawdę. Dlatego wcale nie dziwię się powszechnemu trendowi i coraz większej ilości tego rodzaju książek w wydawnictwach i księgarniach. Nasz polski rynek książkowy nie jest aż tak bardzo zaznajomiony z NA, za to rynek amerykański to ogromna skarbnica dla fanów. Śmiem wątpić czy większość tych książek zostanie kiedykolwiek przeredagowane na język polski – no może wtedy, gdy któraś natchnie Hollywood do wyprodukowania filmu. Dużo z tych książek, nie wszystkie, ale dużo, to naprawdę dobre pozycje, warte uwagi, bo poza dosyć ciekawą ale miejscami ckliwą historią, mogą zasiać ziarenko, które może wykiełkować i całkowicie nas zaskoczyć.
“People are running to and from class and I just want to yell, Slow down and wait for the world to catch up!” 
„The Coincidence of Callie & Kayden” to jedna z takich właśnie książek. Ma ona swoją cześć kolejną „ The Redemption of Callie & Kayden”. Dlaczego nie rozdzielam tych pozycji? Ano dlatego, że kończąc czytać jedną od razu sięgam po drugą, bo akurat w przypadku tej lektury tom pierwszy kończy się takim cliffhangerem, że nie sposób powstrzymać się i nie sięgnąć „z marszu” po tom kolejny. Tytułowi bohaterowie Callie i Kayden mieszkają w tym samym miasteczku, chodzą do tej samej szkoły, a jednak się nie znają. Kayden Owens to gwiazda footballu, z najpiękniejszą dziewczyną, aczkolwiek nie za mądrą stereotypową blondynką ( broń Boże nie mam nic do blondynek! J). Callie Lawrence to dziewczyna jedna z wielu, pragnąca nie zwracać na siebie uwagę, chowająca się za za dużymi, rozciągniętymi ubraniami i ostrym makijażem, nazywana „czcicielką szatana”. Tych dwoje tak zupełnie różnych od siebie a jednak tak niezwykle podobnych. Obydwoje ścigani przez przeszłość i nie mogący poradzić sobie ze swoimi demonami. Ich wspólna historia rozpoczyna się gdy Callie przez przypadek jest świadkiem wyrządzania krzywdy Kaydenowi, ratuje go i pomaga mu.
“That’s you. Callie, you’re the only person that’s ever made me feel happy about anything. That night you saved me, you changed something in me—you made me want to live.” 
Ich drogi rozchodzą się aż do dnia, kiedy ponownie spotykają się na uniwersytecie i wtedy rozpoczyna się ich prawdziwa historia. I tutaj schemat jest taki sam jak zazwyczaj: zaprzyjaźniają się, zaczynają darzyć się uczuciem, zakochują się w sobie, ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Trudne dzieciństwo tej dwójki i związane z nim konsekwencje jak duchy podążają za nimi w każdą stronę. Aż w końcu dochodzi do naprawdę poważnej tragedii – mowa tu o cliffhangerze tomu pierwszego. Część druga to walka z narastającymi problemami i niemożliwością poradzenia sobie z nimi samemu. Bo wiadomo nie od dziś, że we dwójkę łatwiej stawić czoła rzeczywistości. I kiedy padają te znamienne słowa, które nie chciały przejść Kaydenowi przez gardło, Callie wie, że wszystko będzie dobrze, bo ma obok siebie kogoś, kto zrobi dla niej wszystko.
“Sometimes the best things are the ones that aren’t planned, the decisions made while living in the moment.” 
Oh i przepraszam ale muszę o tym wspomnieć, bo nie mogłabym spokojnie spać w nocy – faceci z tatuażami. W szczególności wydzierane rękawy… ughh nie jestem w stanie nawet określić, jak bardzo mnie to kręci J Ale to tylko takie moje spostrzeżenia zaprzątające umysł. Dla nie wtajemniczonych, zdradzę sekret, że większość tych pozycji oferuje postać głównego bohatera z dużą ilością tuszu na perfekcyjnym ciele. Czego chcieć więcej?? 

czwartek, 24 kwietnia 2014

Jamie McGuire - Beautiful disaster, Walking disaster



tytuł oryginału: Beautiful disaster, Walking disaster
seria/cykl wydawniczy: Beautiful #1, #2
wydawnictwo: Atria Books
data wydania: 26 maja 2011, 2 kwietnia 2013
liczba stron: 319, 433
ocena: 9/10
data przeczytania:  21, 23 marca 2014
“It's dangerous to need someone that much. You're trying to save him and he's hoping you can. You two are a disaster." I smiled at the ceiling. "It doesn't matter what or why it is. When it's good, Kara... it's beautiful.” 
Jamie McGuire powołała do życia kolejną parę, która zaprząta umysły czytelników New adult. Abby i Travis to dość wybuchowe połączenie. Ona, niby poukładana, spokojna, fanatyczka kardiganów, taka „cicha woda”, ale kiedy trzeba walczyć o swoje potrafi wykrzesać z siebie „lwicę”. On, „bad boy”, pokryty tatuażami z ogromną chęcią przyłożenia właściwie każdemu, kto się napatoczy. I zakład, który jest początkiem wszystkiego.


W zasadzie książka ta jest dosyć przewidywalna. Od samego początku wiadomo, jak ta historia się zakończy, jednak wcale nie ujmuje to przyjemności jej lektury. Bohaterowie, jak to współczesne popkulturowe postaci, zaplątani w swoim istnieniu, z powracająca przeszłością i demonami w szafie starają się odnaleźć drogę do swoich serc. Droga ta nie jest jednak prosta. Wielość zakrętów czasem może zniechęcić czytelnika, ciągłe niezrozumiałe poczynania bohaterów wprowadzają lekko frustrującą atmosferę. I tylko czeka się na moment, kiedy w końcu on/ona powie, że kocha a wtedy będą żyli długo i szczęśliwie. Z bajkami jest jednak taka sprawa, że „żyli długo i szczęśliwie” wcale nie oznacza razem.

Mam jedno zażalenie. A właściwie może to tylko moja chęć ponarzekania. „Beautiful disaster” i „Walking dis aster” powinny być sprzedawane razem. Nie mówię, że miałaby być to jedna książka, ale taki pakiet. Szczęściem moim było to, że obydwie pozycje były już na rynku od jakiegoś czasu i nie musiałam czekać ze zniecierpliwieniem na wersję Travisa – która swoją drogą jest … ugh, naprawdę, naprawdę wyśmienita. Współczuję czytelnikom, którzy tego szczęścia nie mieli. Bo żeby dogłębnie poznać historię tej dwójki, część druga jest niezbędna. Plus też tego taki, iż „Walking…” pokazuje inną perspektywę, myśli Travisa, jego motywy.  Dlatego, jeśli już zabierać się za tę lekturę, to koniecznie w pakiecie, bo zazębiają się one w taki sposób, że z jednej możemy się dowiedzieć czegoś, czego w tej drugiej nie było. Dodatkowo w „Walking…” mamy epilog – „11 lat później”. Nie przepadam za tego typu zakończeniami, ale to było naprawdę intrygujące, zamykające historię Abby i Travisa.

Gdzieś spotkałam się z porównaniem Travisa Madoxa do Christiana Grey’a. Hmmm… może i coś w tym jest. Chęć kontroli, „makeup sex”,… Ale nie wychodziłabym aż tak daleko. Nie da się ukryć, iż współczesny bohater literacki to zazwyczaj ktoś, kogo dopada przeszłość, ma wiele problemów ze swoim ja i spotyka „ją”, której celem życiowym jest zmiana go na lepsze. Już po raz któryś z kolei twierdzę, iż my – kobiety - potrzebujemy kogoś, kogo możemy naprawić, kto zmieni się pod naszym wpływem, wyłącznie dla nas. Dlaczego? To pytanie raczej do psychologów. Nie znam dokładnej odpowiedzi, być może spowodowane jest to tym, iż chcemy mieć jakieś znaczenie, być potrzebną, zmienić. Kluczowe słowo – zmienić. Nie zawsze na lepsze.
Ale książkowe historie zazwyczaj kończą się dobrze. Bohaterowie mają swoje szczęśliwe zakończenie. Tak też jest i w tym przypadku.

Polecam, bo nie jest to tandetna historia dla nastolatek, bez żadnego przesłania. Ta historia ma swój morał, trzeba go jedynie wyczytać z kart książki.